Wojna roku 1920.
Jako że często na naszej stronie opisujemy działania okrętów rzecznych działających w wojnie roku 1920 przybliżamy w skrócie jej przebieg.
Początek tej wojny jest trudny do określenia, czy to był pierwszy kontakt z bolszewicką armią, czy też okres przejmowania tych terenów od Niemców. Można też za jej początek uznać walki we Lwowie, jeszcze nie z bolszewikami, ale z Ukraińcami.
W tym okresie w nowo odzyskanej niepodległości, gdy jeszcze mogliśmy marzyć o silnej jednolitej armii do głosu doszli politycy i jak to u nich bywa o mały włos doprowadzili do wojny domowej w kraju, którego jeszcze tak naprawdę nie było.
Dopiero przybycie Piłsudskiego uporządkowało polityczny bałagan, jaki panował w kraju.
Z chwilą okrzepnięcia państwa Polski pojawił się problem na wschodzie, znajdowały się tam masy wojsk niemieckich odciętych od swego kraju. Na mocy umów Białostockich otrzymały możliwość swobodnego przemarszu do Niemiec, często odbywało się to między walczącymi stronami. W pustkę powstałą po Niemcach wchodziły z zachodu wojska polskie a ze wschodu bolszewicy, których główną siłą na Białorusi i Litwie byli również Polacy zebrani w Zachodnią Dywizją Strzelców. Znaleźli się w niej ludzie mający rodowód w socjaldemokracji. Równocześnie na Białorusi i Litwie powstała polska Samoobrona Litwy i Białorusi.
Za początek wojny uważa się starcie Wojska Polskiego z bolszewikami pod Kobryniem w lutym 1919 roku.
Już w pierwszych dniach grudnia 1918 roku doszłoby do walki z bolszewikami w Mińsku zebrała się grupa 1500 członków tamtejszej samoobrony. Ludzie ci w obliczu podchodzących do miasta bolszewików postanowili przedrzeć się do Królestwa bez podejmowania walki.
W tym czasie w Warszawie zapadła decyzja zebrania różnych formacji samoobrony i innych ochotniczych oddziałów z Litwy i Białorusi w specjalną formację o nazwie Dywizja Litewsko-Białoruską. Dalej na północy w Wilnie inne oddziały zbierały się do walki z bolszewikami, bezpośrednie starcie nastąpiło pod Nową Wilejką, gdzie ułani wileńscy w nocy z 2 na 3 stycznia 1919 roku zwarli się z czerwonymi. 2 500 ludzi broniło dostępu do Wilna jeszcze przez 3 dni do 5 stycznia kiedy to centrum Wilna znalazło się pod ogniem Rosjan po zdobyciu przez nich wzgórza nazywanego wzgórzem Trzech Krzyży.
Oddziałom samoobrony nie pozostało nic jak tylko udać się do Królestwa do nowo formowanej Dywizji Litewsko-Białoruskiej, Polakom przyszło się przemykać między dwoma armiami Czerwoną i niemiecką.
W czasie tej drogi często dochodziło do starć między Rosjanami i Polakami, górą zazwyczaj byli Polacy, nie mając co zrobić z jeńcami puszczali ich wolno, uprzednio pozbawiając ich obuwia i ciepłej odzieży, przy minus 30 stopniach.
Z Wojskiem Polskim oddziały samoobrony spotkały się 8 stycznia 1919 roku pomagając w zdobyciu twierdzy Brześć wyganiając z niej Niemców.
Na Białoruski w tym okresie trwała rozbudowa Zachodniej Dywizji Strzelców która miała z czasem przekształcić się w Polską Armie Czerwoną, wybrano już nawet kandydata na jej dowódcę. Miał nim zostać Roman Łągwa. Pułki ułanów w dywizji nosiły polskie nazwy: Mazowiecki, Lubelski, Warszawski, Siedlecki, 7 Wileński, wszystkie z przydomkiem Czerwonych Ułanów.
Nadeszła wiosna 1919 roku a wraz z nią przybyła błękitna armia generała Hallera, świetnie uzbrojone 68,5 tysięcy polskiego żołnierza.
Również w kraju postarano się o napływ nowego żołnierza przeprowadzono pierwszy powojenny pobór, jako pierwsi zostali powołani z rocznika 1898.
Pozostałe do tej pory luźne grupy bojowe organizowano w pułki i dywizje, znalazło się tam również miejsce dla polskich muzułman zorganizowanych w pułk Jazdy Tatarskiej.
Jeszcze nie przybyła do kraju błękitna armia a juz trzeba było podjąć trudne decyzje, na południu Lwów krwawił w walkach z Ukraińcami, na północy miasto wielu wielkich Polaków Wilno tkwiło w bolszewickich okowach.
Zapadła decyzja by iść na Wilno, nie bez wpływu na decyzję było, że to miasto Piłsudskiego.
!6 kwietnia 1919 roku ruszyło polskie natarcie, następnego dnia wyruszyła na rajd polska kawaleria, mając jak najszybciej dotrzeć do Wilna i zdobyć miasto. 19 kwietnia polscy ułani i szwoleżerowie uderzają na stację kolejową w Wilnie, po początkowym popłochu bolszewicy zaczynają coraz mocniej naciskać polska kawalerię. W tej trudnej chwili przyszedł im z pomocą por Kopański (późniejszy bohater Tobruku) i armaty jego baterii, ogień armat powstrzymał zapędy mołojców. W tym samym czasie wileńscy kolejarze wysłali w stronę polskiej piechoty pociągi by przyspieszyć jej przybycie do miasta żeby wesprzeć kawalerię walczącą na ulicach miasta.
21 kwietnia Wilno było oczyszczone z bolszewików.
22 kwietnia 1919 roku została wydana odezwa Piłsudskiego:
Wojsko Polskie, które ze sobą przyprowadziłem dla wyrzucenia gwałtu i przemocy, dla zniesienia rządów krajem wbrew woli ludności – wojsko to niesie nam wszystkim wolność i swobodę. Chcę dać wam możność rozwiązania spraw wewnętrznych, narodowościowych i wyznaniowych tak, jak sami sobie tego życzyć będziecie bez jakiegokolwiek gwałtu i nacisku ze strony Polski.
Bolszewicy próbowali zdobyć Wilno ponownie, ale im to uniemożliwiły siły polskie pod dowództwem generała Rydza-Śmigłego.
Do czerwca 1919 roku siły polskie wzrosły do 230 tysięcy żołnierzy, zdolnych do następnych walk. Gdy trwały rozmowy w Paryżu Wojsko Polskie ruszyło na wschód w głąb Białorusi na Nowogródek i Nieśwież, Mir i Słuck.
8 sierpnia 1919 roku wojska Frontu Litewsko-Białoruskiego dowodzonego przez Generała Szeptyckiego zdobyły stolicę Białorusi Mińsk wówczas miasto mające wielkość miasta wojewódzkiego. Niestety bolszewicy zdążyli rozstrzelać członków POW Jadwigę Tejszerską i Mateusza Stefanowskiego. W walkach na Białorusi wziął udział „biały” Miński Pułk Strzelców. Do końca września siły polskie na całym froncie straciły:
Lipiec – 28 oficerów i 763 żołnierzy,
Sierpień – 14 oficerów i 653 żołnierzy,
Wrzesień – 20 oficerów i 721 żołnierzy.
Nastąpił okres rozmów z Rosjanami, nie mając całkowitego poparcia państw zachodnich mających nadzieje na odrodzenie swej dawnej sojuszniczki, Piłsudski wydał polecenie przeprowadzenia rozmów najpierw z białymi, do rozmów został skierowany generał Aleksander Karnicki. Przeprowadzone rozmowy z generałem Antonem Denikinem w Taganrogu wykazały brak zainteresowania powstaniem państwa Polskiego. W zaistniałej sytuacji Piłsudzki nie widziąc interesu w pokonaniu bolszewików i zwycięstwie dawnej białej Rosji podjął rozmowy z bolszewikami.
Za pośrednictwem komisarza ziem wschodnich Jerzego Osmołowskiego, Aleksandra Więckowskiego i Ignacego Boernera dwukrotnie przeprowadzono rozmowy z przedstawicielem Rosji Radzieckiej Julianem Marchlewskim. Strona polska za zawarcie pokoju żądała zaprzestania walk przeciwko Petlurze, oddania Dyneburga Łotwie, ustalenie linii demarkacyjnej na wzdłuż Berezyny, Ptyczy aż do Zwiahel. Pierwsze rozmowy w Białowieży nie przyniosły rozstrzygnięcia z powodu losów jeńców radzieckich w Polsce i na odwrót Polaków w Rosji. Miejscem drugiej tury rozmów była miejscowość Mikaszewicze położona 100 kilometrów od Pińska. Podczas rozmów ustalono listę 1574 Polaków więzionych w Rosji i 307 komunistów więzionych w Polsce.
Rozmowy te były prowadzone do grudnia 1919 roku, kiedy to państwa zachodnie zmieniły zdanie na temat wschodnich granic Polski, tworząc tak zwaną linię Curzona. Na zerwanie rozmów wpływ miała też klęska Denikina pod Orłem.
Rok 1920.
Zima 1919/1920 dała czas na budowę nowych jednostek wojskowych, pojawiły się nowe pułki kawalerii, stare dostały uzupełnienia, również nowy rodzaj polskiego wojska pojawił się na Polesiu, marynarka wojenna. Z dawnych niemieckich i rosyjskich kutrów i statków rzecznych powstała Flotylla Pińska. Na niebie pojawiły się polskie samoloty a armia otrzymała nowe uzbrojenie z zachodnich dostaw.
Reorganizację przeszła cała polska armia, 19 marca 1920 roku Józef Piłsudski został marszałkiem Polski, szefem sztabu był generał Stanisław Haller, 1 armią dowodził Gustaw Zegadłowicz, 2 armią Antoni Listowski, 3 armią generał Edward Rydz-Śmigły, 4 armią generał Stanisław Szeptycki, 5 armią generał Władysław Sikorski, 6 armią generał Wacław Iwaszkiewicz.
Pierwsze walki po Nowym Roku stoczyły jednostki piechoty legionowej, dwie dywizje legionowe wsparte kawalerią uderzyły na twierdzę Dyneburg i ja zdobyły, od drugiej strony z ryskiego kierunku uderzyli na bolszewików Łotysze, doszło niestety do wzajemnego, przypadkowego ostrzału sojuszniczych wojsk. W zadymce śnieżnej łotewski pociąg pancerny ostrzelał Polaków, w odpowiedzi sam solidne oberwał od Polaków.
Wspólnym działaniem Łotyszy i Polaków dowodził Rydz-Śmigły.
Działania te były przygrywką do poważniejszej operacji na Polesiu, dowodzone początkowo przez generała Listowskiego wojska dotarły latem aż za Pińsk, na północy do rzeki Ptyć, na południu do rzeki Uborć. Wojska te składały się głównie z 9 Dywizji Piechoty, wspieranej przez Jazdę Tatarska i partyzantów rotmistrza Feliksa Jaworskiego. Ze względu na specyficzny teren znaczącym wsparciem były okręty Flotylli Pińskiej. Od sierpnia 1919 roku dowództwo nad tymi wojskami przejął pułkownik Władysław Sikorski.
Na wczesna wiosnę 1920 roku otrzymała uzupełnienie w uzbrojeniu i ludziach, łącznie z zapleczem liczyła około 10 000 ludzi uzbrojonych w 202 karabiny maszynowe i 28 dział. Działania dywizji miały wesprzeć 2 pociągi pancerne „Kaniów” i świeżo przybyły do Łunińca „Piłsudczyk”.
Na początku marca 1920 roku Polacy ruszyli do natarcia i w krótkim czasie 5 marca siedlecki 22 Pułk Piechoty zdobył Mozyrz, a w nim 22 statki parowe (3 opancerzone), 11 berlinek i gonczaków, przystań sanitarną oraz 7 przystani i brandwacht.
Podczas tej ofensywy zdobyto również Narowlę i Barbarów a w nich - 50 berlinek, stację ratowniczą oraz 11 przystani i brandwacht.
6 marca 1920 roku 35 Pułk Piechoty razem z Jazdą Tatarską zdobył Kalenkowicze a w nich jak donosiły raporty 3 dynama z motorami, 21 parowozów, w tym 2 pancerne, 638 wagonów i pociąg pancerny. W walkach zginęło 26 Polaków.
Polskie natarcie na Kijów rozpoczęło się 25 kwietnia 1920 roku, poprzedziło je intensywne działanie polskiego lotnictwa, prowadziło rozpoznanie aż po Kijów i Humań. Bombardowało Berdyczów, Żytomierz i Białą Cerkiew.
Razem z wojskami ukraińskimi dość łatwo Polacy przełamali obronę bolszewików i ruszyli na Czarnobyl Winnicę i Bar. Nacierały Polskie 2, 3 i 6 armia oraz 3 brygady ukraińskich strzelców siczowych. 26 kwietnia zdobyto Żytomierz, 28 kwietnia trzy wspomniane miasta. 12 armia bolszewicka poszła w rozsypkę, 14 została odrzucona na południe. W taki to sposób droga na Kijów stanęła otworem, 7 maja 1920 roku Wojsko Polskie wkroczyło do miasta pod dowództwem Rydza-Śmigłego.
Jednak radość Polaków nie trwała długo, już tydzień później 14 maja ruszyło natarcie Tuchaczewskiego na 1 i 4 armię polską wspierane armią rezerwową generała Sosnkowskiego. Dało to Rosjanom zysk przesunięcia frontu o 100 kilometrów na zachód. Jeszcze 1 czerwca wojsko polskie usiłowało zniszczyć 15 armię radziecką, ale ostatecznie do 8 czerwca front ustabilizował się na linii Berezyny. 3 dni wcześniej nadciągnęła z południa burza ogromu której początkowo nie doceniano.
5 czerwca ruszyła do natarcia 1 Armia Konna Siemiona Budionnego, przerywając front 3 armii polskiej. W powstałą lukę wdarło się 15 000 jezdnych prących na Berdyczów i Żytomierz, początkowo hallerczycy skutecznie powstrzymują się konnicy Budionnego na kierunku Koziatyńskim, lecz wkrótce kozacy znaleźli słaby punkt miedzy Biała Cerkwią a Koziatyniem. W tym miejscu runęła masa kawalerii bolszewickiej wspartej dużą ilością taczanek i samochodami pancernymi, polska piechota broniła się dzielnie nawet w okrążeniu, brygada ułanów poszła do kontrnatarcia, ale wobec bierności sąsiednich jednostek Rosjanie przedarli się na Żytomierz i Berdyczów, jedno i drugie zdobywając 7 czerwca. W Berdyczowie spalono 600 rannych Polaków i opiekujące się nimi pielęgniarki. Zrobili to bolszewicy z 11 dywizji.
Teraz wypadki potoczyły się lawinowo, 9 czerwca pada rząd Skulskiego w Warszawie, Piłsudski podejmuje rozmowy z wysłannikiem reprezentującym generała Piotrem Wranglem działającym na południu Rosji, 10 czerwca polskie wojska są zmuszone do opuszczenia Kijowa. Nowy rząd powstaje dopiero 23 czerwca i tworzy go Władysław Grabski.
Wycofujące się wojska natrafiają na zator kolejowy i drogowy spowodowany zdobyciem grobli i stacji kolejowej Borodzianka, pierwszy atak ułanów zostaje odparty przez bolszewicką piechotę, na ułanów wychodzi czerwona kawaleria, ta odparta z kolei przez legionową piechotę. Nadciągają z pomocą strzelcy podhalańscy i suwalscy. Naprzeciw im stanęła jedna z najlepszych jednostek Armii Czerwonej, Dywizja im. Wasyla Czapajewa. Po czterdziestogodzinnym boju udało się zaledwie zdobyć most kolejowy, stacja pozostała w rękach bolszewików. Nad ranem 12 czerwca legioniści, Podhalanie i Suwalszczanie ruszyli do ponownego natarcia na stację tkwiącą jak korek w butelce. Niespodziewanie w ciemnościach napotykają się na taka sama tyralierę czerwonej piechoty pragnącej odbić most będący w rękach legionistów. Dochodzi do boju jakiego w tej wojnie jeszcze nie doświadczono, karabiny maszynowe walczą na odległość rzutem granatu, piechota ściera się w walkach wręcz, polskie działa nie widząc celów wychodzą na pozycje do ognia na wprost. Od ich pocisków giną bolszewicy, ale też ginie polski żołnierz.
Tak ten bój wspomina generał Kutrzeba, Bito się z zacięciem niezwykłym, bez pardonu. Pojedynki karabinów maszynowych toczyły się na odległościach rzutu granatem. Po obu stronach jeńców nie brano. Straty były bardzo wielkie.
Rosjanom stację trzeba było wyrywać bagnetami, wycofali się na wieś dalej blokując drogę, wyparci z stamtąd wycofują się do lasu dalej ostrzeliwując tory, ale ogień ten nie jest już tak uciążliwy. O godzinie 16 ruszają pierwsze pociągi na zachód, do miejsca polskiej koncentracji, Korostenia.
W owych dniach polski wywiad nie mógł odnaleźć Konarmii, rozpłynęła się w rabunkach i sporadycznych atakach na polskie jednostki. Gdy sytuacja została już opanowana po odwrocie spod Kijowa 20 czerwca Budionny ponownie uderzył.
Konarmia przerwała polski front i nie obawiając się okrążenia ruszyła na zachód, zdobywa leżący 100 km wgłębi polskiej obrony Nowogród Wołyński i przeprawy na rzece Słuczy.
Ponownie rusza odwrót polskich wojsk, Budionny zdobywa Ostróg Wołyński i idzie na Równe, zdobywa je 5 lipca. Udaje się odbić to miasto 9 lipca ale Budionny jest już 160 km od Bugu.
4 lipca rusza bolszewicki młot nokautujący polska obronę na Białorusi.
Ofensywa Tuchaczewskiego
Siły bolszewickie liczyły 160 000 ludzi, 595 dział, to wszystko runęło na 62 000 Polaków wspomaganych przez 464 działa. Na polską 1 armię dowodzoną przez generała Gustawa Zegadłowicza uderzają 3 bolszewickie armie wsparte przez korpus kawalerii Gaj-Chana. 11 lipca Rosjanie zdobywają Mińsk, sytuację próbuje ratować gnieźnieńska 17 Dywizja, Poznaniacy twardą obroną starają się zatrzymać bolszewików. Udaje się im tylko spowolnić napór.
14 lipca pada Wilno, Polacy usiłują utworzyć obronę na rzece Niemen i Szczara, podczas odwrotu spod Wilna Litwini którzy przeszli na stronę bolszewików rozbijają polską 2 Dywizję Litewsko-Białoruską, resztki docierają do Grodna gdzie organizowana jest obrona. Mimo przygotowań miasto zostaje zdobyte z marszu przez kawalerię Gaj-Chana 19 lipca. Z Polesia idzie na pomoc piechota podlaska i suwalska, wsparta czołgami i pociągiem pancernym Mściciel. Jest z nimi szczególnie ceniony batalion marynarzy z Pucka. Wojskom tym udaje się dopaść tyły Gaj-Chana. Gorzej wyglądała sytuacja na dalszych odcinkach Niemna i Szczary, stojąca tu 1 Dywizja Litewsko-Białoruska była w znacznej części przetrzebiona dotychczasowymi walkami, wspierał ja w obronie pociąg pancerny „Lis-Kula”. Niestety 24 lipca muszą się wycofać z zajmowanych pozycji, spowodowane to jest przedarciem się Rosjan przez sąsiednie jednostki.
Cały czas wojska polskie muszą się wycofywać w walce, naciskane idą na Białystok, w walkach tych zostają rozbite i zniszczone dwa stołeczne pułki Dzieci Warszawy i Legi Akademickiej.
23 lipca grupa mozyrska wojsk Tuchaczewskiego zdobywa Pińsk, 1 sierpnia pada Brześć.
W tych dniach 28 lipca w ręce bolszewików wpada Białystok gdzie 1 sierpnia przybył planowany polski rząd bolszewików, z Marchlewskim i Dzierżyńskim na czele.
Polska obrona próbuje się zakotwiczyć na Narwi pod Łapami, gdzie prawie natychmiast zjawiają się bolszewicy, zjawiają się też posiłki znad Buga. Mostów w Łapach i pod Żółtkami bohatersko broni batalion marynarzy. Wielu z nich pozostało tam na wieczną wachtę.
Wzdłuż granicy Niemieckiej w Prusach ciągną główne siły Tuchaczewskiego i 29 lipca podchodzą pod Łomżę dzielnie bronionej przez mieszkańców dowodzonych przez kapitana Mariana Raganowicza (w 1940 roku zamordowany w Charkowie). Na odsiecz miastu przychodzi generał Żeligowski z wojskami spod Łap. Początkowo odrzuca bolszewików spod miasta, potem sam zostaje okrążony. Powoli zaczyna napływać pomoc i uzupełnienie z innych rejonów kraju, są to jednostki nie zawsze w pełni sprawne i wyszkolone. Do Ostrołęki przybywa następny batalion marynarzy z Pucka, również do tego miasta przybywa 205 pułk ochotniczy. Traci po pierwszym dniu walk 300 poległych. Ale ofiara ta nie była daremna, udało się utrzymać miasto, kawaleria Gaj-Chana musiała odstąpić i obejść miasto.
Pierwszy ze wspomnianych batalionów marynarzy 5 sierpnia już tylko w sile słabej kompani dotarła wraz z wojskami generała Żeligowskiego w widłach Bugo-Narwi. Tutaj przy wsparciu 5 czołgów i 2 pociągów pancernych do 10 sierpnia atakuje Rosjan w puszczy Białej.
Bolszewicy podchodzą pod Warszawę, następuje nie spotykana dotąd mobilizacja całego kraju, do wojska wstępuje 77 000 ochotników, co razem z poborem daje ponad 200 000 nowych żołnierzy.
Bitwa Warszawska
Stolica szykowała się do obrony, na północ od Warszawy podejść pod Płock broniła 5 armia mająca w swym składzie grupę generała Karnickiego i grupę generała Baranowskiego, samej Warszawy broniła 1 armia mając w składzie 18 dywizję piechoty, 10 dywizję piechoty, 17 dywizję piechoty, 11 dywizję piechoty, 8 dywizję piechoty, 15 dywizję piechoty, oraz jednostki ochotnicze.
Na południe od Warszawy zajmowały pozycje 2 armia, 3 armia i 4 armia. Naprzeciw polskim siłom stały od północy: 4 armia, korpus kawalerii Gaj-Chana, 3 armia, 16 armia, grupa mozyrska, 12 armia.
Sytuację polskiej obrony wspierał fakt że bolszewicy nie uderzyli siłami głównymi bezpośrednio na Warszawę, co dało nieznaczna przewagę Polakom na przedpolach stolicy. Tuchaczewski poszedł na Modlin. 12 sierpnia rozpoznanie wykryło Rosjan podchodzące pod Radzymin i na południu pod Siedlce.
Pod Radzyminem szykowano się do bitwy, spore zamieszanie powodowały coraz to nowe baterie artylerii przybywające na pozycję, w ten bałagan uderzyli Rosjanie popołudniu 13 sierpnia 1920 roku. Początkowo trudno było przeprowadzić skuteczną obronę, ochotnicze oddziały atakowane przez Rosjan szybko się wycofywały, artyleria początkowo milczała, gdy tylko otwarto ogień, musiano go przerwać gdyż obserwatorzy korygujący ogień musieli się wycofać z wieży kościelnej w Radzyminie.
Obrona polska wycofała się w panice na drugą linie obrony, gdzie udało się opanować sytuację. W tej walce cała 11 dywizja się nie popisała odwagą. Sytuację na całym odcinku udało się opanować w nocy na 14 sierpnia. Rano padł rozkaz odbicia Radzymina.
Około godziny 10 ruszyło polskie natarcie na 2 czerwone dywizje broniące zdobytego Radzymina, były to 21 i 27 dywizja. Do godziny 12 Radzymin był wolny, sprawa była o tyle ułatwiona, że sybirska 27 dywizja rozpoczęła już przemarsz do Jabłonnej. Mając zagrożone tyły zawróciła i rozpoczęła ponowne natarcie na Radzymin znowu wypierajac Polaków z miasta. Gorsza sprawa, że oddziały polskie ponownie uciekały w panice zaatakowane od tyłu przez powracających bolszewików.
Sytuację opanowano przy pomocy dowódcy 11 dywizji generała Jana Rządkowskiego, pomagali mu inni oficerowie sztabowi. Przygotowana przez nich druga linia obrony odpiera atak bolszewików, pod osobistym okiem dowódcy frontu północnego, który właśnie przybył na miejsce walk.
Sąsiedniego Wołomina bronił 47 pułk piechoty z 11 dywizji, 13 sierpnia minął w miarę spokojnie oddziały polskie przy wsparciu pociągu pancernego „Mściciel” odparły niegroźne ataki brygady strzelców z 27 dywizji bolszewickiej.
14 sierpnia nie było już tak łatwo, rozdrażnieni porażką bolszewicy powrócili by wziąć odwet. Przygotowani uderzyli już o świcie na wieś Ossowa leżącą pod Wołominem, polska obrona nie wytrzymała naporu i przystąpiła do wycofywania się w porządku i ostrzeliwując się zaciekle. Wsi bronił pułk ochotników. Zalegli na skraju miejscowości skąd kilkakrotnie atakowali bolszewików odrzucając ich na drugi skraj wsi. Wspierał ich w tych poczynaniach pociąg pancerny „Paderewski” razem z „Mścicielem”. Decydujące o zwycięstwie natarcie rozpoczęła regularna piechota, zmuszając Rosjan do odwrotu, na wycofujących się sybiraków uderzył oddział z Wołomina wspomagając obrońców Ossowa. W bitwie poległo 600 Rosjan i 100 Polaków.
14 sierpnia generał Żeligowski wydał rozkaz kierujący 10 dywizję piechoty do Nieporętu gdzie odnalazły się baterie artylerii uważane do tej pory za stracone pod Radzyminem. Wojsko to początkowo się ociągając po wizycie generała Hallera wyruszyły niezwłocznie do Nieporętu by przygotować pułapkę dla sybirskiej brygady strzelców.
W nocy batalion porucznika Pogonowskiego przedostał się i ukrył w lesie na tyłach sybiraków, gdy nastał świt 15 sierpnia 1920 roku uderzyli na bolszewików w kierunku Wólki Radzymińskiej, równocześnie wyszło choć nieskładnie natarcie z Nieporętu. Na samym początku zginął por Pogonowski idąc w pierwszej linii ze swymi podwładnymi.
Atak z Nieporętu się załamał i trzeba było przejść do obrony, ale sybiracy gdy odzyskali wolną drogę na Wólkę Radzymińską wycofali się natychmiast zostawiając Nieporęt w spokoju.
Teraz przystąpiła do działania 10 dywizja mająca w współdziałaniu z Dywizją Litewsko-Białoruskiej za zadanie okrążenie i odbicie Radzymina.
W ciężkim boju 10 dywizja spychała bolszewików wzdłuż Bugo-Narwi, natomiast Litwini ruszyli na Radzymin wsparci 5 czołgami dość łatwo zdobyli miasto, ale równie łatwo go utracili po raz trzeci gdy do kontrnatarcia ruszyli bolszewicy. Intensywnie działa polskie lotnictwo bombardując i rozpoznając Rosjan.
10 dywizja zwiększa wysiłek w natarciu, udaje się dotrzeć jej do wsi Mokre skąd mogli ostrzeliwać szosę na Białystok zagrażając wojską bolszewickim pod Radzyminem.
Wieczorem Dywizja Litewsko-Białoruska uderzyła na wieś Ciemne zdobywając ją a tym samym obchodzą Radzymin od południowego-wschodu prawie całkowicie okrążając miasto.
Wysłane patrole do Radzymina stwierdzają brak bolszewików w mieście.
Radzymin był wolny.
Warszawa bezpieczna.
Powrócimy do sił głównych Tuchaczewskiego, z chwilą gdy zboczyły na Modlin i Płock powstał plan forsowania 14 sierpnia Wisły pod Wyszogrodem, pomocnicze forsowania miały nastąpić w Płocku i poniżej Modlina. Zamiarem było okrążenie Warszawy od zachodu i dalszy marsz na Poznań i nawet na Berlin. Mrzonki które powstały w głowie Tuchaczewskiego z poparciem Moskwy w osobach Lwa Trockiego ówczesnego głównodowodzącego Armii Czerwonej.
Naprzeciw bolszewikom stanęły załogi forteczne Modlina i Zegrza, Brygada Syberyjska złożona z polskich sybiraków, 18 dywizja piechoty, zebrało się też sporo kawalerii ochotniczej. W obronie przepraw wiślanych stanęła również Flotylla Wiślana utworzona z jednostek rzecznych naprędce uzbrojonych i wyposażonych. Wszystko to scalono w nowo powstałej 5 armii dowodzonej przez Władysława Sikorskiego.
Już od Ostrowi Mazowieckiej bolszewików bombardowało polskie lotnictwo, by jak najwięcej zaszkodzić bolszewikom przeładowywano samoloty bombami, dwie z tych maszyn rozbiły się przy starcie z Pola Mokotowskiego.
Polska obrona oparła się na rzece Wkrze broniąc dostępu na Płońsk i Płock a dalej na Modlin. Gdy bolszewicy przekroczyli Wkrę na trasie do Płońska musiano użyć podstępu by ich wyrzucić za rzekę, gdy normalne ataki zawiodły nagle przed pozycjami bolszewików pojawiło się murzyńskie wojsko mające być ariergardą całej armii przysłanej z Francji. To pomogło bolszewicy w panice wycofali się za rzekę, murzynami okazali się żołnierze 9 kompani 144 Pułku Strzelców Kresowych wymalowani sadzą i tłuszczem, dowodził nimi ppor Stanisław Pawlikowski.
Za Wkrą tworzono nową dywizję ochotniczą, w jej skład weszły ochotnicze pułki piechoty spod Łap i Ostrołęki, znalazły się też oddziały z Wilna i Poznania, Zamościa i Lublina, całość uzupełniała piechota z Lidy.
14 sierpnia obie strony uderzają na siebie wzajemnie, Sikorski realizując rozkaz Warszawy mający na celu odciążenie wojsk pod Radzyminem, Rosjanie rozkaz Tuchaczewskiego marszu na Poznań.
Przez cały dzień trwała krwawa bitwa nie przynosząc rozstrzygnięcia i nie dając przewagi żadnej ze stron.
15 sierpnia sytuacja nie uległa zmianie, dopiero wieczorem zaczęła się rysować przewaga polska, wspaniale spisała się świeżo utworzona dywizja kawalerii generała Karnickiego, zamykając okrążenie wokół Ciechanowa, i w końcu zdobywając to miasto, bolszewicy po rzuceniu ostatnich rezerw ponownie zdobyli miasto, ale tym samym wystawili się na atak piechoty generała Krajowskiego, czego Polacy nie omieszkali uczynić.
Mimo wątpliwości a wręcz na przekór im (dotyczyły trafności wyboru Sikorskiego na dowódcę tak ważnego odcinka) wojsko Sikorskiego 16 sierpnia pogłębiało swój sukces nad Wkrą, zostaje po ciężkim boju Nasielsk, pojawia się pociąg pancerny „Hallerczyk” całą mocą swego uzbrojenia gnębi bolszewików.
Sukcesy 5 armii mogły spowodować odcięcie bolszewickiej armii idącej dalej na zachód, ale też ta armia była strasznym zagrożeniem dla tyłów Sikorskiego.
Z południa ruszył już Piłsudzki, a 5 armia musiała dalej przeć do przodu w końcu stanąć i bronić swych pozycji przed wracającymi bolszewikami z zachodu, ale teraz było łatwiej, uwolniona od zagrożenia Warszawa dała wszystkie czołgi, pociągi pancerne i masy wojsk wolne już od nieprzyjaciela ze wschodu. Stopniowo zaczęto niszczyć bolszewików ociągających się z odwrotem, 19 sierpnia złapali oni właściwy kierunek swe drogi, na Łomżę, czyli na wschód.
A co się działo z bolszewikami idącymi na Poznań i Berlin? 13 sierpnia korpus kawalerii Gaj-Chana zdobył Sierpc, wcześniej Mławę i dalej na północ Działdowo, zdobyte przez armię polową.
Narastało zagrożenie Płocka i Torunia.
Rosjanie docierają do Wisły ścierając się z okrętami Flotylli Wiślanej. Zdobywają Włocławek ale nie mosty na Wiśle, obrońcy tracą 250 ludzi, wcześniej na przedpolach wojsko traci 40 ludzi. 18 sierpnia kozacy uderzyli na Płock gdzie mieszkańcy na barykadach odpierali bolszewicką nawałę, szczególnie bohatersko stawali marynarze z jednostek rzecznych, jaka to była obrona niech świadczy o tym fakt że Płock jako jedno z dwóch miast obok Lwowa został mianowany kawalerem Krzyża Walecznych. Bolszewikom udało się prawie dojść do mostów ale ostatecznie zostali odrzuceni.
19 sierpnia rozpoczął się paniczny odwrót bolszewików na wschód, dowodzeni przez Gaj-Chana przebijają się ostatkiem sił do Mławy, tutaj spotykają się z polskimi czołgami i pociągami pancernymi oraz z piechotą Krajowskiego.
Ale nie powstrzymały Gaj-Chana przebił się 22 sierpnia na wschód zabijając w Mławie od 200 do 1000 Polaków. Popełnili tu zbrodnie mordując polskich jeńców, parę dni później sami tu legli rozstrzelani przez Polaków, 300 kozaków zapłaciło za swe zbrodnie.
26 sierpnia 1920 roku wojsko Gaj-Chana zostaje rozbite i zniszczone pod Kolnem przez siły Piłsudzkiego idące z południa.
Rusza Piłsudski
16 sierpnia rusza polskie natarcie znad Wieprzy, idzie w dwóch kierunkach, jedno na Warszawę i Mińsk Mazowiecki, drugie wzdłuż Bugu na Białą Podlaską i Brześć. W ataku wzięły udział duże siły ściągnięte z Ukrainy i Galicji, były to bitne i zaprawione w bojach pułki wielkopolskie, pułki legionowe, regularna kawaleria i silna artyleria. Wielkopolskie pułki docierają 18 sierpnia do Mińska Mazowieckiego, gdzie rozbijają bolszewicką obronę miasta atakowaną równocześnie przez załogę Warszawy
Na Podlasiu ochotnicze oddziały bija wszystko co bolszewickie i wycofuje się na wschód.
18 sierpnia Wojsko Polskie dociera do Drohiczyna zdobywając mosty na Bugu, Przyszedł czas na Białystok, pod Białą Podlaską, polska kawaleria dopada bolszewicką grupę szturmową artylerii, w ręce polskie wpadło 34 działa, działa te miały ostrzeliwać Warszawę ale do niej nie dotarły.
22 sierpnia potężne uderzenie Polaków zdobywa Białystok, który ma stać się korkiem w rosyjskiej butelce.
Nadchodzą straszne chwile na pułk legionowy będący tym korkiem, już rano na drugi dzień pod Białystok podeszła cała armia bolszewicka, nie zorganizowana ale mająca wielką siłę, pierwsze natarcie spycha legionistów w głąb miasta, ale udaje się powrócić na stare stanowisko, drugie natarcie przeprowadziły sybirskie oddziały spod Radzymina. Razem z kawaleria uderzają popołudniu, kawaleria w co trudno uwierzyć przedarła się przez miasto i ruszyła na wschód.
Polski pułk został rozdzielony na osobne grupy broniące się w różnych miejscach miasta. Napływały masy rannych, ze względu na nich nikt nie myślał o opuszczeniu Białegostoku. Por Chmara zbiera taborantów, kucharzy i kogo się da, przy pomocy peowiaków z Białegostoku o godzinie 18 uderzają na miasto i co było zaskakujące odbijają je całe.
Pozostało już tylko żołnierzom 1 Pułku Legionowego zbierać bolszewickich jeńców i ich uzbrojenie. Wkrótce otrzymali wsparcie ułanów.
Walczono jeszcze prawie do końca roku, cała warszawska awantura kosztowała bolszewików około 25 000 zabitych i rannych, 66 000 jeńców w Polsce, około 60 000 w Prusach. Polska zapłaciła za ten sukces śmiercią 238 oficerów i 4124 żołnierzy, lotników i marynarzy, dodatkowo było 20 000 rannych.
Opracowano na podstawie:
Bohdan Skaradziński „Sąd Boży 1920 roku”
Andrzej Albert „Najnowsza Historia Polski 1914-1993”
Krzysztof Janikula
Saturday, February 23, 2008
Monday, December 10, 2007
Sunday, November 4, 2007
KŁUSZYN 4 VII 1610



KŁUSZYN 4 VII 1610
Teren działań wojennych:
Geneza konfliktu:
Historia konfliktów polsko-moskiewskich wiąże się z historią unii polsko-litewskich. Początkowo rywalizacja litewsko-moskiewska o "zbieranie ziem ruskich" jest dla tej pierwszej korzystna (do ok. połowy XVw.), prowadzi z czasem do utraty przez Litwę przewagi i względnej równowagi sił (2 poł. XVw.). Jednak już pierwsza połowa XVIw. była dla Litwy katastrofą. Utraciła ona na rzecz Moskwy prawie trzecią część swego terytorium. Straty mogłyby być jeszcze większe, gdyby nie zaangażowanie się Polski w konflikt. Od tego czasu Polska coraz bardziej wciągana jestw działania na wschodzie (mimo, że nie graniczy bezpośrednio z Wielkim Księstwem Moskiewskim). Przełomem staje się unia realna w Lublinie w 1569r. . Od tej pory Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie stają się jednym państwem, prowadzącym wspólną politykę zagraniczną i mającą wspólnych wrogów. Nowe państwo poddane zostaje niemalże od razu ciężkiej próbie. Wojska moskiewskie zajmują polsko-litewskie Inflanty. Jednakże spotykają się z godną odpowiedzią. Wyprawy Batorego ujawniają olbrzymią siłę zjednoczonego państwa. Od tego czasu zarysowuje się wyraźna przewaga Rzeczpospolitej nad Moskwą, tym większa, że Wielkie Księstwo Moskiewskie po śmierci Iwana IV Groźnego przechodzi głęboki kryzys.
W samej Rzeczpospolitej od 1588r. panował Zygmunt III Waza- dziedziczny król szwedzki. Jego dążenie do odzyskanie utraconego na rzecz swego stryja tronu szwedzkiego, stały się jednym z głównych przyczyn podjęcia wyprawy na Moskwę (Zygmunt wierzył, że zjednoczone pod jego rządami Polska i Moskwa będą siłą, która zmusi Szwedów do przywrócenia go na tron). Oficjalnie miała ona na celu odzyskanie utraconych przez Litwę (na początku XVIw.) ziem (szczególnie zaś Smoleńska będącego "wrotami" do Litwy). Powodów podjęcia wyprawy było jednakże znacznie więcej (wspomniane już osłabienie Moskwy i związane z nimi dymitriady tzn. ciąg wypraw panów polskich dążących do osadzenia na moskiewskim tronie swojego kandydata ; chęć rozładowania konfliktów wewnętrznych w samej Rzeczpospolitej- po rokoszu Zebrzydowskiego i wiele innych). Cały ten splot wypadków i dążeń doprowadził do podjęcia w 1609r. kolejnej wyprawy wojsk polskich na Moskwę, tym się jednak różniącej od poprzednich, że podjętej w imieniu Rzeczpospolitej i pod dowództwem samego króla Zygmunta III (poprzednie wyprawy miały prywatny charakter).
Siły przeciwników:
Bitwa kłuszyńska charakteryzowała się ogromną dysproporcją sił (na 5 żołnierzy rosyjskich przypadał 1 Polak). Co prawda przeciw 35tys. wojsk rosyjskich idących na odsiecz Smoleńskowi Zygmunt III skierował wydzielone siły o ogólnej liczebności 12 300 ludzi pod dowództwem Stanisława Żółkiewskiego, ale w samej bitwie brało udział niecałe 6800 Polaków (z 2 działami- choć inne źródła mówią o 4 działkach) przeciw ok. 30tys. wojsk rosyjskich (z 11 działami) oraz 5tys. cudzoziemców na żołdzie rosyjskim. Pozostałe wojska polskie znajdowały się pod Carowem Zajmiszczem (gdzie był dodatkowy oddział 8tys. Rosjan).
Przed bitwą kłuszyńską:
We wrześniu 1609 r. armia polsko-litewska obległa Smoleńsk. Formalnie dowodził nią król, faktycznie Żółkiewski. Zdobycie Smoleńska okazało się sprawą niezmiernie trudną, duże miasto było bowiem potężnie ufortyfikowane, miało liczną załogę i mnóstwo chętnych do obrony mieszczan, silną artylerię i znaczne zasoby żywności i amunicji. Tymczasem wojska Rzeczypospolitej były nieliczne i słabo zaopatrzone, bowiem wojnę rozpoczęto bez odpowiedniej uchwały podatkowej sejmu. Oblężenie przeciągnęło się aż do głębokiej zimy, nie przynosząc żadnych sukcesów. Gdy część dowódców skłaniała się już do wycofania wojsk spod Smoleńska, do obozu polskiego przybyło niespodziewanie poselstwo bojarów moskiewskich z rozpadającego się obozu tuszyńskiego Dymitra II Samozwańca. Patronował mu propolski wówczas patriarcha Rosji Filaret.
Po krótkich rokowaniach, w lutym 1610 r., podpisany został układ pod Smoleńskiem. Bojarzy uznali za cara królewicza Władysława, w zamian zapewniono im udział w rządzeniu państwem, nietykalność osobistą i majątkową, władzę nad chłopami. Rzeczpospolita miała uzyskać korzyści terytorialne i handlowe. Po zawarciu układu Zygmunt III wydał huczną ucztę dla polskich dygnitarzy i bojarów moskiewskich. Ale położenie militarne wojska pod Smoleńskiem w niczym prawie się nie zmieniło. Owszem, przybyły posiłki kozackie z Ukrainy, jednak Rosjanie nadal twardo bronili miasta. W obozie polskim doszło do ostrych sporów między dowódcami, ucichły one jednak wobec wieści o zbliżaniu się potężnej armii moskiewskiej idącej na odsiecz Smoleńska.
Po gorączkowych naradach Zygmunt III wysłał przeciw nadciągającej armii moskiewskiej niewielkie siły pod wodzą Żółkiewskiego.
6 czerwca 1610 r. hetman opuścił obóz polski i skierował się na Wiaźmę, ale na wiadomość o walkach pułku Aleksandra Gosiewskiego z przeważającymi siłami moskiewskimi kniazia Iwana Chowańskiego w Białej, ruszył mu na pomoc. Siły polskie były wówczas rozdrobnione, gdyż oprócz pułku Gosiewskiego ścierały się z nieprzyjacielem na pograniczu inne jednostki: Marcina Kazanowskiego, Ludwika Weyhera, Aleksandra Zborowskiego i Kozacy ukraińscy. Wojska moskiewskie także były rozdzielone. Część ich walczyła pod Białą, duża grupa Hrihorija Wałujewa i Fiodora Jeleckiego zbliżała się do Carewa Zajmiszcza, główne siły carskiego brata Dymitra Szujskiego i generała szwedzkiego, Francuza z pochodzenia, Jakuba Pontussona de la Gardie, maszerowały od strony Kaługi.
Na wiadomość o nadejściu oddziałów Żółkiewskiego wojska Chowańskiego wycofały się spod Białej za Wołgę i przestały zagrażać Polakom. Po dwudniowym odpoczynku pod Białą hetman pomaszerował więc do Szujska, gdzie stanął 22 czerwca. Dwie mile za Szujskiem, pod Carowym Zajmiszczem, stały już oddziały Wałujewa i Jeleckiego, blokujące drogę do Moskwy. 23 czerwca hetman na czele pułków Kazanowskiego, Wejhera, swojego i dwóch sotni Kozaków ruszył na Carowo Zajmiszcze. Wieczorem Polacy zbliżyli się do mocno ufortyfikowanego obozu moskiewskiego. W pobliżu jego doszło do starcia pomyślnego dla Polaków. Następnego dnia Żółkiewski uderzył z całą siłą na przeciwnika, wyparł go z grobli prowadzącej na tyły obozu, osaczył Moskwicinów ze wszystkich stron, przerwał im komunikację z zapleczem. Sukces osiągnięto przy minimalnych stratach - zaledwie ponad 20 zabitych i rannych. 25 czerwca osaczone pułki moskiewskie usiłowały wydostać się z okrążenia, ale zostały z powrotem wyparte do obozu. Polacy zbudowali dwa forty koło stanowisk nieprzyjaciela, z których podjęli intensywny ostrzał ściśniętych na małej przestrzeni wojsk Wałujewa i Jeleckiego.
Tymczasem w pobliże nadchodziły główne siły moskiewskie Szujskiego i de la Gardii. Wojska Żółkiewskiego znalazły się w potrzasku. Z jednej strony miały przeciw sobie 8tys. Moskwicinów zamkniętych w obozie pod Carowym Zajmiszczem, z drugiej - prawie 35 tys. żołnierzy Szujskiego i de la Gardii. Będąc w tak krytycznym położeniu Żółkiewski wykazał swój wielki kunszt dowódczy. Wykorzystując środkowe położenie między wojskami przeciwnika postanowił mianowicie zablokować częścią sił ściśnięty obóz Wałujewa i Jeleckiego, z resztą wojska uderzyć na główne siły moskiewskie, rozbić je w walnej bitwie, a następnie wrócić pod Carowo Zajmiszcze i zmusić do kapitulacji zamknięte tu siły.
Wieczorem 3 lipca wojska hetmana wyruszyły skrycie przeciw armii Szujskiego i de la Gardii. Zamknięci w ufortyfikowanym obozie pod Carowem Zajmiszcze Moskwicini niczego chyba nie zauważyli, siedzieli bowiem cicho i spokojnie. Z doniesień wywiadu hetman orientował się, że między Rosjanami a cudzoziemcami występują silne antagonizmy. Dlatego zawczasu wysłał do cudzoziemców pewnego Francuza z listem, w którym wezwał żołnierzy do przejścia na polską, stronę. Niebawem Francuz wpadł w ręce dowódców zaciężników i został powieszony, treść listu doszła jednak do uszu ich podwładnych i wywołała wśród nich nastroje przychylne Polakom.
Szujski zlekceważył zupełnie słabe siły hetmana. Przypuszczał, że ujdą przed nim bez walki, nie wystawił więc nawet straży na przedpolu, nie wysłał podjazdów mających obserwować poczynania wojsk polskich. Nie wiedział więc, że maszerują one nocą na pogrążony we śnie obóz moskiewski; pokonując z mozołem błotnistą drogę, pełną, kałuż i bajor po obfitych niedawno deszczach.
Bitwa:
Wczesnym rankiem 4 lipca 1610 r. czoło długiej kolumny maszerującej po wąskiej drodze wyłoniło się z lasów na obszerną, polanę zajmowaną przez nieprzyjaciela. Oba wojska zrazu omal nie minęły się po drodze i dopiero dźwięki trąbek ogłaszających pobudkę naprowadziły czoło kolumny polskiej na obozy wroga. Hetman nie mógł jednak wykorzystać zaskoczenia i uderzyć prosto z marszu, wojsko było bowiem rozciągnięte na co najmniej kilka kilometrów, zmęczone szybkim tempem marszu, piechota pozostała daleko w tyle, a działka ugrzęzły gdzieś w błocie. Trzeba było więc poczekać na przybycie dalszych oddziałów, dać chwilę wytchnienia żołnierzom i koniom, uformować szyki, ponadto jeszcze rozebrać płoty rozciągające się między wsiami Pirniewo i Woskriesienskaja, utrudniające dostęp do pozycji przeciwnika. Dzięki temu żołnierze moskiewscy i cudzoziemscy zdołali się rozbudzić i ustawić w szyki.
Armia moskiewsko-cudzoziemska obozowała w dwóch grupach. Po prawej, północno-zachodniej stronie, przylegającej do rozległego lasu i wsi Pirniewo stały pułki cudzoziemskie złożone ze Szwedów, Niemców, Francuzów, Hiszpanów, Flamandów, Anglików i Szkotów. Po lewej, południowo-wschodniej stronie przyległej do rzeczki Gżać i wsi Woskriesienskaja, stali Rosjanie. Oba obozy leżały na rozległej polanie ciągnącej się daleko na północ, aż za wsie Bogajewo i Łagoczychę. Polana ta stanowiła równinę dogodną do przeprowadzenia szarż kawaleryjskich. Dopiero za obozami wroga znajdowały się dwa niewielkie wzniesienia. W pierwszym rzucie wojsk cudzoziemskich stała piechota ukryta za płotem, tylko częściowo rozebranym przez Polaków. W drugim rzucie znajdowała się jazda. Pierwsza składała się z pikinierów, muszkieterów i arkebuzerów, druga - z rajtarów zbrojnych w rapiery i pistolety. Na lewym skrzydle Szujski ustawił na przedzie piechotę pomieszaną z jazdą, z tyłu - samą jazdę. Rosjanie i cudzoziemcy mieli 11 dział, ale ich lokalizacja na polu bitwy nie została ustalona. Prawdopodobnie działa te zostały w obozie i nie odegrały żadnej roli w walce, nic bowiem o nich nie słyszymy.
Maszerujący na czele polskiej kolumny pułk Zborowskiego hetman ustawił zgodnie ze zwyczajem na prawym skrzydle, postępujący za nim pułk starosty Chmielnickiego płk. Mikołaja Strusia - na lewym. Skraj prawego skrzydła zajęły pułki Kazanowskiego i Weyhera. Komendę nad nimi sprawował rotmistrz królewski Samuel Dunikowski, żołnierz wybitny uczestnik wojen moskiewskich Batorego i wypraw naddunajskich Zamoyskiego. Pułk hetmański pod wodzą kniazia płk. Janusza Poryckiego, stanął nieco z tyłu na lewo od lewego skrzydła i pełnił rolę odwodu. Między wymienionymi tu pułkami zajęły miejsce oddzielne chorągwie, nie wchodzące organicznie w skład owych pułków. Stały bardziej z tyłu i też pełniły rolę odwodu. Przybyły w ostatniej chwili oddział czterystu piechurów kozackich zajął miejsce na skraju lewego skrzydła, tuż przy płocie. Maszerujący na końcu kolumny oddział dwustu piechurów z dwoma działkami znajdował się jeszcze na drodze do Kłuszyna. Nowością taktyczną, było wydzielenie przez hetmana, na wzór Cezara, samodzielnego odwodu zapewniającego znaczną swobodę manewru podczas bitwy. Żółkiewski śmiało zastosował też ekonomię sił. Główny wysiłek skierował zrazu przeciw Moskwicinom i tu skupił większość wojska, natomiast cudzoziemców związał tylko walką przy użyciu małej części swej niewielkiej przecież armii.
Po uszykowaniu wojsk Żółkiewski objechał szeregi, zachęcając żołnierzy do walki. Następnie dał znak do boju. Przy głosie bębnów i kotłów husarze czołowych chorągwi wysunęli przed siebie kopie i z ogromnym krzykiem ruszyli do szarży. Około godziny czwartej rano rozpoczęła się bitwa. Dramatyzm jej scenerii spotęgowały wywołane przez Polaków pożary wsi przyległych do pola bitwy.
Sprawa nie była jednak łatwa, przeciwnik bowiem dysponował ogromną, przewagę liczebną,. Szarże odbywały się na przemian przez luki w rozebranym częściowo płocie. Pamiętnikarz szlachecki, husarz Samuel Maskiewicz, pisał o nich: "To jedno przypomnę do uwierzenia niepodobne, że drugim rotom trafiało się razów ośm albo dziesięć przyjść do sprawy i potykać się z nieprzyjacielem (...) bo już po częstym do sprawy przychodzeniu i potykaniu się z nieprzyjacielem, jak znowu i rynsztunku nam ubywało, i siły ustawały(...) konie też już na poły zemdlone mając, bo od świtania dnia letniego aż po obiad godzin pięć pewną z nimi bez przestanku czyniąc (bitwę), już i siłę z ochotą zegnali, nad naturę ludzką czyniąc." Hetman osiągnął jednak swój cel. Uwikłał wojska moskiewskie w długotrwały bój, mieszał je kolejnymi szarżami przeprowadzanymi siłami kilku tylko chorągwi, a sprawiającymi wrażenie, że atakuje duża masa kawalerii (bo po jednym wypadzie następował zaraz drugi siłami dalszych chorągwi, te zaś, które wykonały szarże, wracały na tyły i po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu wyposażenia, zwłaszcza połamanych kopii, znowu wracały do walki). Doborowy, zaciężny polski husarz potrafił jednak sprostać najtrudniejszemu nawet zadaniu, wykazał przy tym zdecydowaną, wyższość nad bojarską jazdą i zaciężnymi rajtarami wroga.
Przełom nastąpił po nieudanym karakolu zaciężnej rajtarii moskiewskiej. "Widząc nas już słabnących - pisał o tym Maskiewicz - rozkazał (Szujski) dwom kornetom rajtarskim, które w pogotowiu w sprawie (tj. szyku) stały przeciwko nam, aby się z nami potkały i ci sami za łaską Najwyższego zwycięstwo nam uczynili. Bo jak skoczyli do nas nie gotowych i zarazem wypuściwszy strzelbę (tj. oddając salwę), poczęli odwrót czynić zwykłym sposobem do nabijania (pistoletów lub arkebuzów), a drudzy po nich następowali strzelając, my nie czekając póki wszyscy strzelą,, a widząc, że oni odwrót czynią (dla ponownego nabicia broni), posunęliśmy się za nimi, jeno pałasze w ręce mając, a ci zapomniawszy nabijać (raczej nie zdążywszy) i drugi raz wystrzelić, tył podali i wpadli na wszystką Moskwę, która w bramie obozowej w sprawie (szyku) stała i pomieszali jej szyki".
Szeregi moskiewskie załamały się, zwycięska jazda polska pognała za uciekającymi w stronę obozu. Część Rosjan uszła na otwarte pole, bądź przebyła wpław rzeczkę Gżać. Pozostali dopadli bram obozu i schronili się za fortyfikacjami polowymi. Po oczyszczeniu pola z niedobitków część jazdy polskiej ruszyła w pościg za uchodzącymi na północ żołnierzami. "Moskwę nasi z łaski bożej rozgromili na milę bijąc, siekąc i dostatki ich, które bogate z sobą mieli, zabierając" - donosiła współczesna relacja. Ale część piechoty moskiewskiej pozostała jeszcze w zabudowaniach Pirniewa, gotowa walczyć do końca.
Jeszcze cięższa przeprawa czekała Polaków na ich lewym skrzydle, gdzie mieli do czynienia z cudzoziemcami. Wprawdzie zaagitowani przez Żółkiewskiego Anglicy i Szkoci nie wzięli udziału w walce, ale Szwedzi, Niemcy, Francuzi i Flamandowie bili się dzielnie. Jazda polska musiała tu nacierać przez wyrwy w płocie, tylko pojedynczymi chorągwiami. "Na wielkiej przeszkodzie był nam płot, bo Pontus przy owym płocie postawił piechotę, która naszych onymi dziurami wpadających i nazad odwracających bardzo psowała" - pisał Żółkiewski. Ustawieni za płotem muszkieterzy z bliska razili ogniem nacierających jeźdźców, osłaniający ich pikinierzy kłuli konie Polaków.
Przełom nastąpił tu dopiero po przybyciu na pole bitwy piechoty z dwoma działkami, wyciągniętymi ostatecznie z błota. Mimo nie przespanej nocy i uciążliwego marszu piechurzy z ochotą ruszyli do walki. Puszkarze kilkoma celnymi strzałami rozwalili znaczną część płotu i porazili stojących za nim muszkieterów, piechurzy zasypali ich pociskami z rusznic, po czym ruszyli do natarcia na białą, broń, nie zważając na ogień przeciwnika. Nie wytrzymali tego natarcia żołnierze cudzoziemscy i odstąpili od płotu, dając drogę husarii do kolejnej szarży. Na karkach uciekających zaciężników jazda popędziła naprzód co koń wyskoczy, siekąc pałaszami, kłując koncerzami, depcząc leżących.
Pierwszy etap bitwy został wygrany, ale do ostatecznego zwycięstwa było jeszcze daleko. Spędzony z pola przeciwnik zamknął się w obozach, część piechoty moskiewskiej umocniła się w Pirniewie. W pobliżu obozu cudzoziemskiego uporządkowała swe szyki oparta o pobliski las piechota cudzoziemska przesadnie chyba oceniana przez hetmana na 3 tys. żołnierzy. Dołączyła do niej znaczna grupa jazdy. Dowódcy cudzoziemców, Pontusson de la Gardie i gen. Eduard Horn, błąkali się wraz z niedobitkami w pobliskim lesie, podobnie jak kniaziowie moskiewscy Andriej Golicyn i Daniło Mezecki. Sam Szujski schronił się w obozie. Nieprzyjaciel wprawdzie był pobity w polu, ale jeszcze dość silny, zdolny do stawiania długotrwałego oporu, zwłaszcza że armia koronna była przemęczona długim marszem i ciężkim bojem, niewyspana i głodna (bo w czasie bitwy nie było czasu na posiłek), mocno już wykrwawiona.
Żółkiewski znakomicie dotąd kierował przebiegiem walki, oszczędnie szafował swymi szczupłymi wojskami, nie angażował ich wszystkich do bitwy, do ostatniej chwili zachował silny odwód. Po rozbiciu wojsk moskiewskich przerzucił część wojska przeciw walczącym nadal cudzoziemcom. Gdy rozbił i tych, odwołał z pościgu jazdę i osaczył nią oba obozy wroga, a także piechotę cudzoziemską stojącą pod lasem. Sprawa nie była jednak łatwa. "Trudno było na nie [wroga] natrzeć konnym " - pisał potem do króla. - "Piechoty też nie było [więcej niż] sta mojej, i p. starosty Chmielnickiego, bośmy drugich przy obozie [pod Carowym Zajmiszczem] musieli zostawić, i niebyło sposobu tych ludzi zrazić [pobić]". Znając nastroje cudzoziemców hetman nie podejmował jednak nowej walki. Wolał spróbować innych sposobów. "Niektórzy nasi - pisał uczestnik bitwy Mikołaj Marchocki - nic nie czynili, tylko podjeżdżali, a wabili ich: kum! kum! kum! że przedało się ich wszystkich nad sto, na ostatku dali znać [cudzoziemcy], że chcą, traktować".
Źródła historyczne różnie oceniają postawę cudzoziemców w bitwie pod Kłuszynem. Według Włocha Giovanniego Luny Anglicy i Szkoci od początku bitwy nie chcieli walczyć, natomiast Francuzi i Flamandowie walczyli dzielnie. Tymczasem autor Kroniki moskiewskiej Konrad Bussow twierdził, że już na początku bitwy dwa pułki jazdy francuskiej przeszły na polską stronę i wraz z Polakami strzelały do ludzi de la Gardiego i Moskwicinów, przyczyniając się do ich klęski. Natomiast porzucony na pastwę losu oddział piechoty niemieckiej stojący pod lasem bronił się przez pewien czas przed Polakami i zadał im znaczne straty. Dopiero gdy stracił nadzieję na pomoc ze strony biernie siedzącego w obozie Szujskiego, zdecydował się na rozmowy. Prawdopodobnie więc tylko część Francuzów uległa agitacji hetmana, pozostali natomiast walczyli aż do końca bitwy.
Podczas rokowań hetman zgodził się puścić cudzoziemców wolno do domów pod warunkiem, że złożą przysięgę, iż nigdy w Moskwie nie będą służyć przeciw Rzeczypospolitej. Część z nich, zapewne kilkuset (wg innych źródeł aż 2500), wstąpiła na polską służbę.
Wydaje się, że po klęsce na otwartym polu brat carski (Szujski) zupełnie stracił głowę i nie próbował w ogóle wpływać na zmianę losów bitwy. Usiłowali namówić go do działania kniaziowie Andriej Golicyn i Daniło Mezecki, którzy powrócili do obozu z kilkuset jeźdźcami i nie dawali jeszcze za wygraną.Wrócili też chory tego dnia de la Gardie i Horn. Widząc kapitulację stojących pod lasem cudzoziemców Dymitr Szujski chyłkiem uszedł z obozu i schronił się w lasach. Jego ucieczka wywołała powszechną panikę wśród pozostałych dowódców i żołnierzy.
"Gnaliśmy ich (Moskwę) na mil dwie albo trzy " pisał Maskiewicz. " Więcej ich w pogoni poległo aniżeli na placu (bitwy)".
Po bitwie:
W pogoni uczestniczyło jednak niewiele wojska, większość bowiem rzuciła się plądrować obozy wroga. Zdobycz w nich rzeczywiście była obfita. Zwycięzcy wzięli mnóstwo złotych i srebrnych naczyń, drogich szat, futer sobolich, setki wozów, w których znajdowało się m.in. około 20 tys. florenów i 30 tys. rubli przeznaczonych na wypłatę dla cudzoziemców (Dymitr nie wypłacił ich przed bitwą, a to skłoniło m.in. zaciężników do rokowań z hetmanem). Zdobyli też kilkadziesiąt chorągwi, w tym adamaszkową obszytą złotym wzorem należącą do Dymitra, jego szyszak, szablę, buławę, karetę i wozy, wszystkie 11 dział.
Cała bitwa trwała do pięciu godzin. Obie strony poniosły w niej duże straty. Źródła polskie wyolbrzymiają na ogół straty Rosjan i cudzoziemców. Tylko "Relacja o szczęśliwym powodzeniu oręża polskiego w Moskwie" podaje wiarygodnie, że cudzoziemców "do 700 na placu zabitych poległo, Moskwy w bitwie zginęło do 2000". Według historyka szwedzkiego Videkinga poległo tylko 500 cudzoziemców. Do tych strat należy jeszcze dodać nieznaną bliżej liczbę zabitych podczas ucieczki. W sumie armia Szujskiego miała chyba nie więcej niż 5 tys. zabitych. Wszyscy wodzowie ocaleli. Według Żółkiewskiego, Szujski stracił w ucieczce konia, a nawet obuwie, i dotarł do swoich "na lichej chłopskiej szkapinie". Natomiast de la Gardie, według Luny, został po drodze ograbiony i pobity kijami przezchłopów. Podobny los spotkał Horna.
Straty polskie, według Żółkiewskiego, wynosiły ponad 100 zabitych towarzyszy, nie licząc pocztowych i piechurów (tych zwykle ginęło 2-3 razy więcej), a także 400 zabitych koni. Było też wielu rannych.
Tuż po bitwie, pościgu i rabunku obozu armia polska zawróciła pod Carowo Zajmiszcze. Żołnierz zaciężny wykazał niezwykłą wytrzymałość i hart ducha, skoro po nieprzespanej nocy, morderczej bitwie i intensywnym pościgu prawie natychmiast ruszył w drogę powrotną pod obóz Wałujewa i spędził w marszu drugą noc bez snu. Rosjanie nie zauważyli odejścia wojsk spod ich obozu i przez cały dzień 4 lipca zachowywali się biernie, chociaż musieli chyba słyszeć odgłosy strzałów spod niedalekiego przecież Kłuszyna. Gdy przed świtem wojska Żółkiewskiego wróciły na swoje pozycje pod obozem moskiewskim, czuwająca tutaj piechota dała upust swej radości, wznosząc gromkie okrzyki. Początkowo Rosjanie nie dawali wiary Polakom i dopiero następnego dnia widząc z dala pojmanych jeńców z armii Szujskiego i jego chorągwie uwierzyli w zwycięstwo Żółkiewskiego i przystali na rokowania. Hetman zresztą zgodził się na wysłanie grupy żołnierzy Wałujewa na pole bitwy pod Kłuszynem, by naocznie przekonali się o polskim zwycięstwie. W tej sytuacji wódz moskiewski przyjął łagodne warunki kapitulacji postawione przez hetmana. Rosjanie uznali władzę królewicza Władysława, złożyli mu przysięgę na wierność i dołączyli do sił hetmana wyruszających teraz na Moskwę. W zamian zagwarantowano im nienaruszalność terytorialną Państwa Moskiewskiego i odstąpienie od oblężenia Smoleńska, jeśli jego załoga uzna królewicza Władysława.
Po bitwie Żółkiewski wzmocniony cudzoziemcami i oddziałami Wałujewa wyruszył na Moskwę. W kilka tygodni później, 27 lipca 1610 r., grupa propolskich bojarów pod przewodem Zachara Lapunowa obaliła skompromitowanego klęską kłuszyńską Wasyla Szujskiego i przejęła władzę. 3 sierpnia wojska hetmana stanęly u bram Moskwy. Zaczęły się rokowania. Owocem ich był układ z 27 sierpnia, na mocy którego Rosjanie uznali władzę królewicza Władysława w zamian za obietnicę nienaruszalności terytorialnej Państwa Moskiewskiego. Polacy zobowiązali się też zachować dotychczasowy ustrój społeczny i polityczny Rosji, prawa Cerkwi prawosławnej, królewicz Władysław miał przyjąć prawosławie. Przyjazny Rosjanom Żółkiewski podpisał te warunki bez wiedzy króla licząc, że potwierdzi on zasady unii polsko-rosyjskiej.
Po zawarciu układu 8 września Moskwa otworzyła bramy przed Polakami. Żółkiewski stanął z wojskiem na Kremlu, Wasyl i Dymitr Szujscy zostali jego jeńcami. Opuszczony przez większość stronników Dymitr Samozwaniec II zginął z rąk skrytobójców. Hetman został faktycznym panem Rosji. Ale wszystkie jego plany polityczne zniweczył niebawem Zygmunt III, który nie zaakceptował układu moskiewskiego, nadal oblegał Smoleńsk, sam chciał zostać carem.
Świetne zwycięstwo hetmana pod Kłuszynem zostało zatajone przez dwór królewski, kontrastowało bowiem z niepowodzeniami wojsk Zygmunta III pod Smoleńskiem. Dopiero po zdobyciu Smoleńska w 1611 r. król uznał, że teraz jest zwycięzcą mogącym się pochlubić sukcesami swych podkomendnych.
Sama wojna trwała jednak znacznie dłużej. Dopiero podpisany w 1618r. rozejm w Dywilinie przyznający Rzeczpospolitej ziemie: smoleńską, siewierską i czernihowską na jakiś czas unormował stosunki polsko-rosyjskie.
Ocena bitwy:
Pod Carowem Zajmiszczem Żółkiewski stanął wobec niesłychanie trudnego zadania. Został wzięty w kleszcze przez dwie grupy wojsk rosyjskich o wielokrotnej przewadze liczebnej. W tak trudnej sytuacji wykorzystał swoje środkowe między nimi położenie i pozostawiając część wojsk do blokady grupy pod Carowem Zajmiszczem (ok. 8tys. Rosjan blokowało 800 piechoty, 700 jazdy i ok. 4000 Kozaków), z resztą wojsk ruszył pod Kłuszyn. Chciał zaskoczyć dufnego w swą przytłaczającą przewagę przeciwnika. Zaskoczenie jednak nie udało się. Pod Kłuszynem okazało się, że należy najpierw przygotować teren. W tym celu zabudowania i płoty otaczające obozy rosyjsk i i wojsk zaciężnych należało spalić. Ogień oczywiście zaalarmował przeciwnika, który miał czas przygotować się do boju. Sytuacja była niesłychanie trudna. Atak 5-krotnie liczniejszego, mającego oparcie w obozach wroga, graniczył z szaleństwem. Co prawda Żółkiewski umiejętnie stosował ekonomię sił, dokonywał trafnych wyborów (np. jeśli chodzi o kolejność ataków poszczególnych ugrupowań), ale wszystko to nie musiało (przy lepszym dowodzeniu strony przeciwnej) doprowadzić do sukcesu. Polacy mimo wszystko mieli w tej bitwie sporo szczęścia.
Jak więc należy ocenić samego Żółkiewskiego? Czy był to geniusz, czy szaleniec, zadufany w sobie pyszałek? Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba zdać sobie sprawę jaka była alternatywa. Pozostanie pod Carowem Zajmiszczem groziło katastrofą (w chwili nastąpienia armii Szujskiego), plan zaatakowania wojsk Szujskiego pod Kłuszynem mógł się skończyć pełnym sukcesem pod tym jednak warunkiem, że (tak jak to planował Żółkiewski) wykorzysta się czynnik zaskoczenia. Nie była więc to decyzja szaleńca.
Zaskoczenie jak już wcześniej pisałem nie udało się i Żółkiewski stanął przed alternatywą: uderzać, czy wycofać się. Odwrót niczego by nie zmienił w ogólnym położeniu armii polskiej, doprowadzić mógłby tylko do upadku morale. Żółkiewski miał jednak bardzo poważny atut w ręku- ponad 5,5 tys. doborowej husarii, z którą nie musiał się obawiać starć w otwartym polu. Postanowił spróbować szczęścia. Udało mu się spędzić przeciwnika z pola, ale pozostały jeszcze dwa obozy, o których zdobyciu niemiał co marzyć (bez dużej ilości piechoty, której pod Kłuszynem nie miał, a tą co miał - w niewystarczającej zresztą liczbie- wykorzystał pod Carowem Zajmiszczem). Ale doprowadził w ten sposób przynajmniej do upadku ducha we wrogich obozach (co na jakiś czas chronił go przed ofensywą z ich strony). W tej sytuacji wykorzystał jeszcze swój jeden talent- zdolności dyplomatyczne. Przeciągając cudzoziemców na swoją stronę doprowadził do całkowitego upadku ducha wśród Rosjan. Wszystkie więc działania jakie podejmował Żółkiewski miały szansę powodzenia. Były z góry obliczone i wyrachowane. Każda z decyzji jaką podejmował prowadziły do poprawienia sytuacji wojsk polskich. I choć wynik końcowy przerósł oczekiwania- nie było to dziełem li tylko przypadku.
Rola husarii:
Rola husarii w bitwie była dominująca. W skład liczącej ok. 6800 ludzi armii polskiej wchodziło aż 5556 husarzy. Jej znaczenie nie wynikało jednak tylko z jej liczby. Husaria przez wielokrotnie ponawiane szarże (niektóre chorągwie szarżowały nawet 8-10 razy) eliminowała z walk kolejno poszczególne siły przeciwników. W bitwie tej, jak w mało której uwidacznia się jej wartość bojowa.
.
Oprócz jej olbrzymiej wytrzymałości i odporności pokazała także, że jest jazdą uniwersalną. Potrafiła ona pokonywać jazdę tak wschodniego (lekka jazda moskiewska), jak i zachodniego (zaciężni rajtarzy) typu. Przełamywała piechotę zachodnią (mimo bardzo ciężkich warunków- o czym dalej). Ale właśnie ta bitwa pokazała, że nawet husaria ma słabe punkty. Na uwagę zasługuje moment, gdy w czasie bitwy husaria próbuje spędzić z pola zaciężną piechotę cudzoziemską. Okazało się, że tak zdawałoby się nieistotna przeszkoda jaką był jedynie w części rozebrany płot, potrafi stać się mocnym oparciem dla walczącj zza niego piechoty. Jedynie własna piechota (bardzo zresztą nieliczna) wsparta ogniem dwóch działek, była w stanie zmusić przeciwnika do odstąpienia od tej osłony. Pozbawieni jej stali się już łatwym łupem dla kolejnego ataku husarii. O czym to świadczy?
Należy pamiętać, że nigdy w historii nie było, nie ma i nie będzie jakiegoś typu wojsk, które zawsze będą zwyciężać. Każde zwycięstwo jest sumą bardzo wielu czynników z których wartość bojowa danej formacji jest tylko jednym z nich (czasem mniej, czasem bardziej znaczącym). Na zwycięstwo lub porażkę wpływają także inne- takie jak umiejętność wykorzystania walorów własnych, umiejętność skorzystanie ze słabych stron przeciwnika a neutralizowania mocnych i wiele, wiele innych. Rola dowódcy polega na tym aby wszystkie te czynniki sprowadził do poziomu dla siebie optymalnego, aby to równanie z wieloma zmiennymi rozwiązać lepiej niż przeciwnik.
Dlaczego piszę o tym w tym miejscu? Dlaczego poruszam te sprawy akurat tutaj, przy opisie tak spektakularnego zwycięstwa polskiej husarii? Przecież od 110 lat (tzn. od chwili jej powstania) nie poniosła ona żadnej klęski. Niejednokrotnie pokonywała w tym czasie wielokrotnie liczniejszego przeciwnika. Szło za nią powiedzenie "gdzie husaria- tam zwycięstwo". A jednak.
A jednak nigdy nie należy zapominać, że prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto będzie umiał lepiej układać i rozwiązywać równania. I taki ktoś w końcu się znalazł. Ale to już inna, późniejsza historia. Tutaj najważniejsze jest zwrócenie uwagi na rzecz pozornie oczywistą. Sama kawaleria nie jest w stanie sprostać wszystkim zadaniom. W przypadku husarii mogliśmy o tym zapomnieć patrząc na jej błyskotliwe zwycięstwa. Ba! Może się to wydawać zaskakujące, ale husaria wykazała się nawet taką umiejętnością jak zdobywanie zamków (jak to miało miejsce parę lat wcześniej- w stosunku do opisywanej bitwy- w Inflantach). Odnotujmy więc: umocnienia polowe -nawet te prowizoryczne- są w stanie bardzo ograniczyć skuteczność działań kawalerii (w tym oczywiście także husarii).
Przy opracowaniu tej bitwy korzystałem z następujących materiałów:
"Sławne bitwy Polaków" Leszek Podhorodecki
"Szymona Kobylińskiego gawędy o broni i mundurze" Szymon Kobyliński
"Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów..." wyboru i opracowania pamiętników dokonali Marek Kubala i Tomasz Ściężor
Wojna polsko-rosyjska 1632-1634

Wojna polsko-rosyjska 1632-1634
Z Wikipedii
(Przekierowano z Wojna smoleńska 1632-1634)
Skocz do: nawigacji, szukaj
Wojna polsko-rosyjska
Wojna smoleńska
Jan Matejko, Król Władysław IV pod Smoleńskiem
Data 1632-1634
Miejsce Smoleńsk i województwo smoleńskie
Wynik pokój polanowski
Przyczyna Utrata Smoleńska przez Rosję w wyniku rozejmu dywilińskiego
Terytorium Europa Wschodnia
Walczące strony
Rosja I Rzeczpospolita
Dowódcy
Michał Szein Władysław IV Waza
Krzysztof Radziwiłł
Siły
ok. 25 000, 160 dział oraz 3 000 ludzi w pułkach cudzoziemskich ok. 2 600, 170 dział (Smoleńsk)
ok. 20 000 posiłki
Straty
nieznane nieznane
Władysław IV Waza odbierający hołd Michiła Szeina po zwycięstwie pod Smoleńskiem, nieznany malarz polski 1634Wojna polsko-rosyjska 1632-1634 (wojna smoleńska) – wojna polsko-rosyjska zakończona zwycięstwem wojsk polsko-litewskich nad rosyjskimi pod dowództwem Michała Szeina.
Późną jesienią 1632 r. Szein obległ Smoleńsk. Rosyjska armia liczyła 25 000 tysięcy żołnierzy i 160 dział. Obrońcy dysponowali 1600 ludźmi załogi i 170 działami. Ponadto w mieście znajdowało się ok. 1000 szlachty z pospolitego ruszenia. Fortyfikacje twierdzy były niedawno naprawione i unowocześnione przez wojewodę smoleńskiego Aleksandra Gosiewskiego, dlatego też obrońcy mogli stawiać długotrwały opór. Oblężenie trwało ponad dziesięć miesięcy.
Jesienią 1633 z odsieczą przybył król Władysław IV Waza. Dowodzona przez niego osobiście i hetmana polnego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła ponad dwudziestotysięczna armia doprowadziła do odstąpienia Szeina, a następnie otoczyła wojska rosyjskie, rozpoczynając z kolei oblężenie ich obozu.
25 lutego 1634 nastąpiła kapitulacja armii rosyjskiej. Nowy król Polski okazał się świetnym wodzem, śledzącym rozwój sztuki wojennej i umiejętnie stosującym nowatorską wówczas taktykę manewrów stosowaną przez wojska szwedzkie pod dowództwem Gustawa Adolfa.
Wynikiem zwycięstwa był pokój polanowski pomiędzy Władysławem IV Wazą i Michałem Romanowem (1634), potwierdzający nabytki I Rzeczypospolitej przyznane jej rozejmem dywilińskim.
4 lipca 1610 roku zwycięstwo pod Kłuszynem otworzyło Polakom drogę na Kreml

4 lipca 1610 roku zwycięstwo pod Kłuszynem otworzyło Polakom drogę na Kreml
Zapomniana bitwa tysiąclecia
Wojna polsko-rosyjska 1609-1618 (wojna moskiewska) – miała miejsce pomiędzy I Rzeczpospolitą a Carstwem Rosyjskim w latach 1609-1618.
Przyczyną była próba rozbicia przez Polskę sojuszu cara Wasyla Szujskiego ze Szwecją, z którą Polska prowadziła w tym czasie wojnę o Inflanty. W 1609 roku wyprawę zbrojną zorganizował król Polski Zygmunt III Waza, rozpoczęto oblężenie Smoleńska. Dnia 4 lipca 1610 pod pod Kłuszynem hetman Stanisław Żółkiewski pokonał armię szwedzko-moskiewską.
Wojna została zakończona rozejmem w Dywilinie w 1618 roku.
Bibliografia [edytuj]
Andrzej Andrusiewicz, Dzieje Dymitriad 1602- 1614, t. I, II, Warszawa 1990
Andrzej Andrusiewicz, Dzieje Wielkiej Smuty, Katowice 1999
Tomasz Bohun Moskwa 1612, Wydawnictwo Bellona 2005 ISBN 83-11-10644-4
Marek Kubala, Tomasz Ściężor, Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu w Moskwie, Wydawnictwo Platan 2005, ISBN 83-89711-50-8
Zygmunt Librowicz Car w polskiej niewoli, Warszawa 1984.
Andrzej Adam Majewski Moskwa 1617-1618, Wydawnictwo Bellona 2006 ISBN 83-11-10535-9
Wojciech Polak O Kreml i Smoleńszczyznę. Polityka Rzeczypospolitej wobec Moskwy w latach 1607-1612 Toruń 1995
Wacław Sobieski, Żółkiewski na Kremlu, Warszawa 1920
Robert Szcześniak, Kłuszyn 1610, Wydawnictwo Bellona 2004, ISBN 83-11-09785-2
Kazimierz Tyszkowski, Wojna o Smoleńsk 1613-1615, Lwów, 1932
Henryk Wisner, Król i car. Rzeczpospolita i Moskwa w XVI i XVII., Warszawa 1995 ISBN 8305127761
Stanisław Żółkiewski Początek i progres wojny moskiewskiej, 2003 ISBN 83-73-16258-5
Ta bitwa rozegrała się równo 200 lat po bitwie grunwaldzkiej. To, co Polacy osiągnęli dzięki temu zwycięstwu - własnymi siłami, bez wsparcia sojuszników - pozostało niespełnionym marzeniem Napoleona i innych zdobywców. 4 lipca, dzień bitwy pod Kłuszynem (bo o niej tu mowa), do dzisiaj jest w armii rosyjskiej Dniem Żałoby.
Historia, to w dziejach narodów bastion, na którym wspiera się ich poczucie ludzkiej godności. To ona umacnia narodowe więzi i nadaje sens zbiorowemu życiu. Można być bowiem narodem bez ziemi, ale nie może istnieć naród bez własnej historii. Przez wiele dziesiątków lat nasi wrogowie próbowali wyzuć nas z naszej historii. Chcąc pozbawić Polaków poczucia historycznej łączności z wielką przeszłością, chcieli zniszczyć w nas świadomość jej istnienia. Wyszliśmy z tych dekad duchowo poobijani. Wielu z nas zapomniało o historii Polski, wielu wciąż nie może otrząsnąć się z poczucia, jakby napluto nam w dusze.
W epoce PRL komunistyczna edukacja i propaganda starała się wyrzucić z polskiej pamięci chwalebne militarne zwycięstwo, w swoich skutkach większe nawet od grunwaldzkiego. Chciano nam tę pamięć odebrać, bo było to zwycięstwo nad Rosją, a doprowadziło do dwuletniego panowania Polaków na Kremlu - czego potem nie potrafili dokonać nawet najpotężniejsi wodzowi wojsk zachodniej Europy.
Próby i nadzieje
Do bitwy pod Kłuszynem doszło niemal równo 200 lat po bitwie grunwaldzkiej - 4 lipca 1610 roku. Zanim polska husaria i piechota starła się tam z rosyjskimi strzelcami i cudzoziemskimi najemnikami, Polacy podejmowali trzy kolejne próby osadzenia na opuszczonym moskiewskim tronie przychylnego sobie pretendenta. W czasie dwu prywatnych wypraw magnatów polskich na Moskwę kandydatami do kołpaka Monomacha byli Rosjanie - Dymitr I zwany Samozwańcem i Dymitr Samozwaniec II zwany tuszyńskim złodziejem. W czasie trzeciej, oficjalnej wyprawy na Moskwę z królem Zygmuntem III Wazą na czele, rosyjscy magnaci (bojarzy) dwukrotnie zapraszali na tron moskiewski polskiego królewicza Władysława, późniejszego króla Władysława IV.
Dziś można jedynie żałować, że wielkie zwycięstwo militarne hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego nie doprowadziło do stworzenia federacyjnego mocarstwa rozszerzającego wpływy cywilizacyjne Polski, Zachodu i Kościoła katolickiego aż do Uralu i na Syberię. Choć Polska należała wówczas do grona poważnych graczy na arenie europejskiej, kłuszyńska wiktoria - z winy króla Zygmunta III Wazy (oraz z przyczyn obiektywnych) nie przełożyła się na możliwe wówczas do osiągnięcia wielkie, jedno z największych cywilizacyjnych zwycięstw w historii świata.
Kreml wzięty
Bitwa kłuszyńska charakteryzowała się ogromną dysproporcją zaangażowanych w nią sił - przyjmuje się, że na każdych pięciu żołnierzy rosyjskich przypadał zaledwie jeden Polak.
Przeciw korpusowi moskiewskiemu, maszerującemu pod wodzą Dymitra Szujskiego na odsiecz obleganemu przez Polaków Smoleńskowi, Zygmunt III skierował wydzielone siły o ogólnej liczebności 8.000 żołnierzy pod dowództwem Żółkiewskiego, który musiał jednak część z nich zostawić pod Carowym Zajmiszczem, gdzie zamknął się Hrehory Wałujew z przednią strażą Moskali. W samej bitwie pod Kłuszynem brało zatem udział zaledwie niecałe 6800 Polaków oraz 2 lub 4 działka artyleryjskie. Z drugiej strony doliczono się 30.000 regularnych wojsk moskiewskich wspieranych przez 6.000 cudzoziemskich najemników (Niemców, Szwedów, Francuzów, Szkotów, Anglików...) oraz 11 dział. Łamiąc raz po raz opór stawiany mu na płotach i zasiekach przez moskiewskich strzelców Żółkiewski serią śmiałych ataków spychał przeciwnika na kolejne linie obrony, aż wreszcie zmusił Szujskiego i jego wojska do panicznej ucieczki, a cudzoziemców do kapitulacji. W bitwie zginęło 15.000 przeciwników. Dwa dni później poddał się też Wałujew. Negocjacje z bojarami trochę jeszcze trwały, ale inicjatywa wciąż była po stronie polskiego hetmana. 8 października 1610 roku zwycięzca spod Kłuszyna obsadził swymi wojskami Kreml, a grzecznością i umiarkowaniem wnet zjednał sobie miłość moskiewskiego ludu i poparcie części wojsk rosyjskich - pisał przed laty profesor Władysław Konopczyński.
Co by było, gdyby
Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić sobie, jak wielkim państwem mogłyby stać się, połączone unią, początkowo nawet tylko personalną, polsko-litewsko-ruska Rzeczpospolita oraz Wielkie Księstwo Moskiewskie (którego władcy posługiwali się już wówczas od pewnego czasu tytułem cesarzy/carów rosyjskich).
Wielu wierzyło wówczas, że możliwa jest powtórka z historii. Bojarzy i polski król - a na pewno najmądrzejsi jego doradcy, w tym sam Żółkiewski - nie chcieli, by Rzeczpospolita podbijała Rosję; zamierzali raczej utworzyć unię państwową podobną do tej, która przed laty spoiła Litwę z Polską zgodnie z zasadą “wolni z wolnymi, równy z równymi”. Otwierałoby to drogę także do poszerzenia niedawno zawiązanej unii religijnej na ziemie prawosławnej Moskwy i uznania przez cerkiew pierwszeństwa Stolicy Piotrowej w Rzymie.
To, że przez całe dziesięciolecia komuniści starali się zagłuszyć - jak widać, ze skutkiem - znaczenie bitwy pod Kłuszynem, specjalnie nie dziwi. Jak bowiem można było, pozostając w “braterskimi” sojuszu ze Związkiem Sowieckim, jednocześnie wychwalać bitwę, która mogła i powinna była doprowadzić do wciągnięcia Rosji i prawosławia w orbitę wpływów cywilizacyjnych katolickiego Zachodu? Czy doprowadziłoby to do odsunięcia niebezpieczeństwa rozbiorów, a w dalszej perspektywie: czy w XX wieku w odległym Władywostoku mówionoby po rosyjsku czy po polsku?
Dzień Chwały Oręża Polskiego
Dzień Żołnierza w III RP obchodzi się 15 sierpnia - w rocznicę zwycięskiej Bitwy Warszawskiej z bolszewikami z 1920 roku. Ogromny szacunek należny uczestnikom tej bitwy nie zmieni faktu, że to nie jej rocznica jest w Rosji obchodzona jako dzień żałoby. Tam doskonale wiedzą, w jakim momencie swych dziejów władztwo moskiewskich carów było najbliżej końca swej historii - nie po zdobyciu Moskwy przez armie Napoleona w roku 1812. I nie w czasie natarcia wojsk Hitlera w roku 1941. Nie.
Dniem największej żałoby w armii rosyjskiej jest do dzisiaj dzień 4 lipca - rocznica przegranej bitwy pod Kłuszynem z roku 1610. Natomiast dzień 7 listopada - dzień opuszczenia Kremla przez polską załogę w roku 1612 - został podniesiony w Rosji do rangi święta narodowego. Widać niezbicie, że obie te, obchodzone w armii rosyjskiej rocznice, są jednoznacznie związane z polskim zwycięstwem pod Kłuszynem.
Z całym szacunkiem dla innych polskich zwycięstw, to 4 lipca - rocznica zwycięstwa tysiąclecia, rocznica bitwy pod Kłuszynem, największy symbol Polski mocarstwowej - powinien w IV Rzeczypospolitej zostać ustanowiony Dniem Chwały Oręża Polskiego.
ADAM PAWEŁCZYŃSKI
Monday, October 1, 2007
Rosja wraca do sowieckich wzorów


Rosja wraca do sowieckich wzorów
Nasz Dziennik, 2007-10-01
POLSKA NA GLOBALNEJ SZACHOWNICY
Z historykiem Andrzejem Nowakiem, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownikiem Pracowni Dziejów Rosji i ZSRR Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Mariusz Bober
Czy rosyjskie reakcje na uroczystości w Katyniu w postaci negacji faktu zbrodni katyńskiej i oskarżeń o "wymordowanie" przez Polaków jeńców bolszewickich w 1920 r. oznaczają, że Rosja ma ciągle problemy z pamięcią czy z polityką?
- Ewolucja polityczna w Rosji w ostatnich kilkunastu latach, od rozpadu Związku Sowieckiego i pojawienia się Federacji Rosyjskiej jako suwerennego podmiotu politycznego, przebiega w kierunku odwrotnym od tego, który byłby najlepszy dla samych Rosjan i dla ich sąsiadów. Kraj ten zamiast oddalać się od dziedzictwa sowieckiego, zarówno w polityce władz, jak i mentalności (formowanej przez media, całkowicie kontrolowane przez władze), wraca do niego, zmierza do utożsamienia się z nim na nowo. W punkcie wyjścia w 1991 r. było rozczarowanie systemem sowieckim i odrzucenie jego dziedzictwa. Niestety, niezadowolenie z efektów demokratyzacji, reform, które przybrały postać wielkiej kradzieży majątku narodowego, wywołało nostalgię za Związkiem Sowieckim. W okresie rządów prezydenta Władimira Putina - po 2000 r. - ta nostalgia uzyskała sankcje państwowe. Ujawniło się to z niepokojącą siłą podczas ostatniej wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu.
Na czym polega różnica w podejściu obecnych władz do mordu katyńskiego oraz ich poprzedników?
- Dotąd oficjalne czynniki państwowe w Rosji nie kwestionowały faktu mordu katyńskiego dokonanego przez NKWD. Najpierw Michaił Gorbaczow uznał, że za zbrodnię odpowiada NKWD, próbując zrzucić winę tylko na tę instytucję, potem prezydent Borys Jelcyn uznał odpowiedzialność państwa sowieckiego jako całości. Ujawnił też dokumenty dotyczące tej zbrodni, z podpisami członków Biura Politycznego pod decyzją o zamordowaniu 25 tys. obywateli Polski, w tym oficerów. Złożył też kwiaty w Dolince Katyńskiej na Powązkach. Nawet prezydent Putin początkowo, kiedy przebywał w naszym kraju w 2002 r., nie kwestionował ofiar poniesionych przez Polskę w wyniku prześladowań sowieckich. Głosy kwestionujące odpowiedzialność Związku Sowieckiego za zbrodnię katyńską podnosiły się cały czas na marginesie rosyjskiej sceny politycznej. Pojawiały się wśród komunistów lub nacjonalistów. Tym razem, w czasie wizyty prezydenta Kaczyńskiego w Katyniu, to oficjalny organ Kremla, "Rossijskaja Gazieta", zajął właśnie takie stanowisko: wcale nie wiadomo, kto kogo tam zabił... To rzecz niesłychana, groźna, wręcz przerażająca. Bo kiedy państwo decyduje się podważyć oczywistą i tak moralnie doniosłą prawdę, którą uznawało przez kilkanaście lat, staje się to bardzo niebezpieczne, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z państwem tak silnym jak Rosja.
Jak Polska powinna reagować na takie zachowania?
- Są tu możliwe dwie reakcje. Pierwsza - błędna, ale często w Polsce spotykana - to pełne utożsamienie Rosjan i Rosji ze zbrodnią katyńską oraz traktowanie tego kraju jako obcej cywilizacji, z którą zawsze będziemy w złych stosunkach; przekonanie, że Rosjanie zawsze nas prześladowali. Takie podejście w dodatku odpowiada oczekiwaniom prezydenta Putina. W swojej socjomanipulacji uprawianej przy pomocy mediów Kreml stara się umocnić w swych obywatelach przekonanie, wpajane im już w czasach sowieckich, że Rosja jest otoczona przez wrogów i musi się przed nimi bronić, uciekając się do każdego czynu. Bowiem wielkość kraju wymaga wszelkich ofiar. Dlatego wszelkie zbrodnie z czasów sowieckich są usprawiedliwione, zarówno na własnych obywatelach, jak i na obcych. Nie oznacza to jednak, że mamy załamać ręce. I tu chciałbym powiedzieć o drugiej możliwości. Otóż są wciąż Rosjanie, którzy są gotowi potępić zbrodnie sowieckie. Są dzielni ludzie, którzy czekają, by także inne kraje przypominały o tych mordach politycznych i by je potępiały. Potępiały jednak zbrodnie sowieckie, nie Rosjan. Ci ludzie są w mniejszości, ale są i próbują nadal działać, choćby w stowarzyszeniu Memoriał (wydało ono wiele książek dokumentujących zbrodnie, także na Polakach). Odnosząc się natomiast do wysuwanych przez współczesną propagandę rosyjską oskarżeń o zamordowanie przez władze II Rzeczypospolitej sowieckich jeńców w latach 1919-1920, chciałbym podkreślić, że ofiar było 16-18 tysięcy, a nie 80 tys., jak utrzymuje owa propaganda, ponadto jeńcy nie zostali wymordowani, ale zginęli na skutek chorób, głównie tyfusu, które szalały wówczas w całej Europie. Przypomnijmy, że zmarły wówczas miliony ludzi na Starym Kontynencie. Fakt ten został uznany po długiej debacie przez najbardziej kompetentnych historyków rosyjskich, czego wyrazem stała się wspólna polsko-rosyjska ponad 1000-stronicowa publikacja wydana dwa lata temu przez naczelne dyrekcje polskich i rosyjskich archiwów. Dlatego nazywanie tych tragicznych wydarzeń zbrodnią na jeńcach sowieckich i porównywanie jej z Katyniem - mordem 25 tysięcy obywateli polskich dokonanym na jeden rozkaz Kremla z marca 1940 roku - jest po prostu cynicznym kłamstwem strony rosyjskiej, która neguje efekt pracy swoich najbardziej kompetentnych historyków.
To powrót do metod propagandy sowieckiej?
- Tak, do metod i "danych". Po raz pierwszy podali je komuniści w Związku Sowieckim już w 1920 roku. Chcieli w ten sposób skompromitować Polskę na arenie międzynarodowej. Powrócił do nich m.in. Michaił Gorbaczow. Zmuszony do ujawnienia prawdy o Katyniu zażądał od swoich historyków znalezienia czegoś, co byłoby odpowiedzią na Katyń, jakiegoś "anty-Katynia". To przykład sowieckiego podejścia do prawdy historycznej. Z tego samego powodu w Rosji wręcz z entuzjazmem śledzono sprawę Jedwabnego w Polsce. Dosłownie pojawiło się tysiące publikacji, a większość w podobnym tonie: że Polska nie jest już ofiarą, że odpowiada za straszliwe zbrodnie na Żydach. Tak to z satysfakcją interpretowano, zresztą zgodnie z intencjami inicjatora tych oskarżeń, Jana Tomasza Grossa, a wbrew faktom historycznym. Wszystko po to, by niejako umniejszyć sowieckie zbrodnie na polskich obywatelach. Jedno z poczytnych pism ("Nasz Sowriemiennik") napisało wówczas nawet, że zbrodnia katyńska uchroniła tysiące Żydów przed wymordowaniem ich przez polskich policjantów pod okupacją niemiecką...
Szokujący cynizm...
- I przykład neosowieckiej propagandy i furii w 2002 roku! Gdyby nie to, można byłoby o wiele łatwiej układać stosunki ze wschodnim sąsiadem.
Czy w takiej sytuacji można mówić o ich normalizacji? Dlaczego z innymi państwami Rosja jakoś układa relacje, a nam jest tak trudno?
- To nie jest właściwa ocena. Właśnie Moskwa usiłuje przedstawić to w ten sposób, że irracjonalna polska polityka psuje stosunki z Rosją. Jej władze próbują "sprzedawać" ten obraz na zewnątrz, zwłaszcza w Europie.
Ale faktem jest, że te relacje są złe. Ja po prostu pytam, z czyjej winy.
- Niestety, nawet w Polsce formułowane są zarzuty pod adresem obecnego rządu. Dlatego chciałbym podkreślić, że obciążanie akurat gabinetu Jarosława Kaczyńskiego odpowiedzialnością za złe stosunki z Rosją jest drastycznie niesprawiedliwe. Ten rząd nie zrobił nic nowego, co zaostrzałoby debatę historyczną z Rosją. Natomiast bronił polskich interesów, tych współczesnych. Nie chodzi tu tylko o działania podjęte w celu niedyskryminowania polskich eksporterów mięsa, ale o generalną zasadę, którą chciała wprowadzić Rosja: żeby traktować Polskę i inne nowe państwa UE, nad którymi wcześniej utrzymywała władzę, nie jako pełnoprawnych członków Unii, ale jako swoją strefę wpływów. Inne państwa różnie podchodzą do tego. Węgry praktycznie poddały się, oddając niemal w 100 procentach swój system gazowy w ręce Rosjan. To samo dotyczy Słowacji, w nieco mniejszym stopniu Czech. Jednak oglądanie się na te kraje, to - powiedziałbym - haniebne nieporozumienie. Polska jest większym krajem, o znacznie większym potencjale, a więc i odpowiedzialności niż pozostałe państwa regionu. Dodatkowo znajdujemy się w najbardziej newralgicznym miejscu z punktu widzenia geopolityki i stosunków Rosji z Europą. Dlatego albo zrezygnujemy ze swojej suwerenności i pogodzimy się z tym, że jesteśmy korytarzem, przez który może przechodzić kto, gdzie i jak chce, a my wytyczamy tylko ściany i układamy chodnik, licząc, że spadnie nam jakiś łaskawy okruch, albo będziemy bronić swojej pozycji między Rosją i Niemcami i nie dopuścimy do wchłonięcia nas przez jedną lub drugą stronę. Tak było już w historii. Nasze interesy narażały nas nie raz na konflikty z wielkim wschodnim i zachodnim sąsiadem. Ale - jak widać ostatnio - spokojne przekonywanie do swych racji przynosi rezultaty. Następuje zmiana polityki europejskiej wobec rosnących nacisków, a nawet szantażu ze strony Rosji.
Europa zaczyna wreszcie rozumieć, czym mogą grozić nieokiełznane imperialne ambicje rosyjskie?
- Tak, i dzieje się to dlatego, że konsekwentnie mówimy krajom Europy Zachodniej o mechanizmach stosowanych przez Rosję. Tu - o ironio losu - naszym najlepszym sojusznikiem jest sama Moskwa, swoją brutalnością wywołująca zaniepokojenie Unii Europejskiej. Teraz UE rozumie już, że nie można dopuścić do rozbicia solidarności europejskiej, bo może to oznaczać rozpad Unii, a wówczas to Rosja będzie układać reguły gry. Przecież już teraz chce ona uzależnić od siebie kraje Europy Zachodniej, usiłując przejąć kontrolę nad dostarczaniem gazu do indywidualnych klientów w UE. To widmo zaniepokoiło polityków europejskich, ponieważ oznaczałoby utratę kontroli nad tak żywotnym elementem polityki, jak bezpieczeństwo energetyczne swoich obywateli.
W ten sposób Gazprom zastępuje wiele dywizji wojskowych, a dodatkowo jeszcze zapewnia dochody władzom Rosji. Skąd bierze się jednak ta żądza dominacji, panowania, kontrolowania? Przecież wiele dużych firm działa na świecie, a żadna wprost nie zagroziła bezpieczeństwu państw?
- Przyczyn jest kilka, najważniejsze są dwie. Pierwsza to newralgiczny charakter samego przedmiotu eksportu tej firmy, mianowicie energia. Bez nośników energii nie ma współczesnej gospodarki, nie ma bezpieczeństwa. To nie jest zwykła część do samochodu czy materiał budowlany, który można wszędzie kupić. Dlatego jest to - można powiedzieć - strategiczny produkt eksportowy.
Sprzedają go również inne firmy z różnych krajów...
- Tak, ale - i tu dochodzimy do drugiej przyczyny - w żadnym innym państwie nie powstała firma, która osiągnęłaby taki poziom koncentracji monopolistycznej - najważniejszych nośników energii - gazu i ropy naftowej która w takim stopniu byłaby wykorzystywana jako narzędzie polityki państwa. W Rosji nie ma konkurencji gospodarczej, przynajmniej w tej dziedzinie. Wymownym przykładem jest tu los koncernu naftowego Jukos, który w ciągu dwóch-trzech lat zniknął z rynku po jednej decyzji na Kremlu. Tymczasem Gazprom wciąż rośnie, ale pod kontrolą państwa, stając się głównym narzędziem jego polityki. Ani Niemcy, ani USA, ani inne kraje nie mają takiego narzędzia, bo tam jest co najmniej kilka firm, które konkurują ze sobą. Tymczasem w Rosji największy - po Arabii Saudyjskiej - dostawca nośników energii jest narzędziem polityki państwa o światowych ambicjach i - niestety - imperialnych tradycjach.
Ale skąd ta chęć panowania, kontrolowania, dominacji nad innymi krajami?
- Jest to po pierwsze, dziedzictwo sowieckie. Po drugie, już Rosja carska stworzyła wielkie imperium żyjące kosztem innych sąsiednich narodów. Więc tradycje imperialne są bardzo głęboko zakorzenione w Rosji i zostawiają swój ślad w mentalności jej dzisiejszych mieszkańców. Jednak nie wolno zapominać, że jest też grupa obywateli tego kraju, którzy tych tradycji nie reprezentują i buntują się przeciwko nim, którzy próbują szukać alternatywnej tożsamości. Odwołują się np. do tradycji republiki kupieckiej w Nowogrodzie, nie imperialnej. Co prawda są mniejszością, ale ona wystarczy, żeby wystrzegać się sformułowania, że chęć dominacji i budowania imperium jest "wpisana w naturę" Rosjan. Współczesne dążenia do budowy imperium biorą się także z rozczarowania skutkami nieudanych prób wprowadzania w tym kraju demokracji oraz wolnego rynku. Okazały się one w rzeczywistości wielką kradzieżą majątku narodowego dokonywaną pod dyskretną kontrolą służb specjalnych. Wpływ tych ostatnich jest obecnie kluczowym elementem dla zrozumienia sytuacji w Rosji i przyczyn zagrożenia, jakie wytwarza obecna polityka tego kraju. Bowiem w żadnym państwie w historii świata, włączając okres Związku Sowieckiego, nie było panowania służb specjalnych nad polityką państwa na taką skalę, jak to jest obecnie w Federacji Rosyjskiej. Według szacunków rosyjskiego socjologa Olgi Krysztanowskiej, która przeprowadziła badania na tysiącu przedstawicieli najwyższych władz Rosji (wśród ministrów, posłów, urzędników kancelarii prezydenta, gubernatorów), 70 proc. z nich stanowią ludzie wywodzący się ze służb specjalnych. Więc nie chodzi już tylko o prezydenta Putina. Chodzi o to, że ludzie wyćwiczeni w najbardziej cynicznym wyszukiwaniu słabych stron przeciwnika, wplątywaniu go w układy, w których zawsze będzie on stał na straconej pozycji, jako narzędzie służb, sprawują władzę nad ogromnym i wpływowym krajem. To są osoby o całkowicie cynicznym stosunku do reszty świata, dla których wszyscy poza służbami są traktowani jak wróg, którego należy omotać i wykorzystać dla swoich celów. Taką właśnie mentalność reprezentują elity polityczne dzisiejszej Rosji. Jest to zjawisko, które ma swoje konsekwencje nie tylko w postaci takich zjawisk, jak np. niedawne zabójstwo Aleksandra Litwinienki w Londynie. Taką mentalność prezentują, prowadząc także politykę międzynarodową.
Czy z takimi władzami można prowadzić rozmowy i liczyć na poprawę relacji oraz partnerskie traktowanie?
- Myślę, że nie jest to dobre ustawienie sprawy. Nie chciałbym, aby Polska była kiedykolwiek partnerem elit, które wywodzą się z totalitarnego systemu i w taki sposób uprawiają politykę.
W takim razie, jaką politykę powinniśmy prowadzić wobec tego kraju? Przecież ci ludzie rządzą Rosją od kilkunastu lat, a wcześniej byli częścią najważniejszych struktur Związku Sowieckiego, i nie zanosi się na to, by szybko utracili władzę.
- Chciałbym zauważyć, że zjawisko zdominowania elit władzy przez ludzi specsłużb jest zjawiskiem nowym. Pojawiło się w drugiej połowie kadencji Borysa Jelcyna i szybko się nasilało, aż do obecnego stanu. Nie znaczy to jednak, że tak będzie zawsze. Zmiana władzy, choćby formalna, jaka czeka Rosję w przyszłym roku, będzie powodem pewnego kryzysu, zamieszania, podczas którego może poszerzyć się pole do działania dla innych środowisk. Strach przed tym już widać wśród obecnych elit. Poza tym warto pamiętać, że w historii nie zdarzyło się, by specsłużby długo rządziły jakimś krajem, zwłaszcza wielkim mocarstwem. Dlatego myślę, że także ta władza, która w rzeczywistości nie rozwiązuje żadnego problemu nękającego Rosję, a jedynie korzysta z wysokich cen surowców energetycznych, zostanie prędzej czy później odsunięta, gdy dojdzie do kryzysu w tym kraju...
...w przypadku spadku cen ropy i gazu?
- Nie tylko z tego powodu. W Rosji notowana jest np. skandalicznie wysoka umieralność wśród mężczyzn. Wskaźnik ten jest tak wysoki, jak w państwach Trzeciego Świata. Średnia długość życia mężczyzny wynosi 57 lat [w Polsce 71 lat - przyp. red.]. Tego rządy prezydenta Putina nie zmieniły ani trochę. Rosjanie prędzej czy później odczują ten problem, bo choć dolary ze sprzedaży ropy i gazu płyną, umiera się tak samo szybko, jak w czasach Jelcyna, a jeszcze szybciej niż w ZSRS.
Ale przecież dziś poparcie dla Putina jest ogromne. Mówi się, że tak długo, jak długo zapewnia on, a wkrótce jego następca, względną stabilizację w kraju i wypłatę pensji, służby utrzymają władzę?
- Rzeczywiście stan gospodarki jest bardzo ważny. Trzeba jednak pamiętać, że w czasach Jelcyna baryłka ropy kosztowała 17 USD, a dziś blisko 80 USD. Mimo to nie uważam, że gdyby ceny spadły, nastąpiłby od razu kryzys. Obecna władza nie jest tak nieroztropna, żeby przejadać te zyski. Państwo rosyjskie inwestuje w kilka gałęzi zapewniających mu długofalowe przychody, m.in. w sektor zbrojeniowy. Zgromadziło też ogromne rezerwy finansowe, które pozwolą przynajmniej w perspektywie kilku lat radzić sobie z kryzysami wynikłymi z ewentualnego spadku cen surowców energetycznych, na co jednak wcale się nie zanosi. Więc tutaj nie widzę jakichś szans dla tych, którzy liczą na wykorzystanie hipotetycznego spadku cen ropy czy gazu dla wywołania zmiany władzy na Kremlu. Widzę takie szanse natomiast w postawie świata zewnętrznego, zwłaszcza Europy i USA wobec Rosji. Rosyjskie elity - szerzej rozumiane niż te wywodzące się z KGB - są uzależnione od Zachodu, jakkolwiek często mu się przeciwstawiają. Jest to uzależnienie kulturalne, duchowe czy wręcz tożsamościowe. Rosjanie nie chcą być Chińczykami ani Azjatami, niezależnie od tego, co mówią o strategicznym partnerstwie z Chinami czy Indiami. Tak naprawdę szukają na Zachodzie potwierdzenia albo zanegowania tego, co robią. To, co mówi Zachód o Rosji, ma dla niej bardzo duże znaczenie. Jeżeli Unia Europejska zmobilizuje się do powstrzymywania imperialnych ambicji wschodniego sąsiada, do wytykania mu łamania praw człowieka, może mieć wpływ na zmianę polityki Kremla i tego, co się tam dzieje.
Jednak ostatnio Unia siedzi cicho i boi się Rosji?
- Upadek ducha w Europie Zachodniej jest zjawiskiem długofalowym i widocznym. Z drugiej strony, widać objawy pozytywnych zmian, jeśli chodzi o ocenę rosyjskiej polityki. We Francji i Niemczech nie rządzą już ludzie, których można traktować jako narzędzia wpływów rosyjskich. Odeszli: prezydent Jacques Chirac i kanclerz Gerhard Schroeder, który stał się otwarcie takim narzędziem. Prezydent Nicolas Sarkozy i kanclerz Angela Merkel, jakkolwiek uwikłani w wielkie gry z Rosją przedsiębiorstw w swoich krajach, bardziej energicznie gotowi są bronić interesów nie tylko Francji i Niemiec, ale także Unii Europejskiej. Również obecny szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso nie jest tak bezwolnym entuzjastą zaspokajania żądań rosyjskich, jakim był jego poprzednik Romano Prodi. Te zmiany personalne, jakie zaszły w Europie, także w Polsce, gdzie na miejscu - delikatnie mówiąc spolegliwego - prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego zasiadł bardziej stanowczo broniący polskich interesów Lech Kaczyński, a szefem rządu został jego brat Jarosław, utrudniły Rosji wpływanie na sytuację w Europie. Wiele elementów sporu między Putinowską Rosją a Unią odwołującą się do demokratycznych standardów zaczyna być dostrzeganych. UE zaczyna też rozumieć sprzeczności interesów ekonomicznych z Moskwą oraz zagrożenia potencjalnie wynikające z monopolu w rosyjskich dostawach surowców do odbiorców europejskich. Tym bardziej że zachowanie Rosji stało się tak bardzo agresywne... Weźmy tu choćby pod uwagę wznowienie lotów bombowców strategicznych z bronią nuklearną na pokładzie przy granicach krajów europejskich czy naruszenia strefy powietrznej nad Norwegią. Efektem może być albo zastraszenie, albo zmobilizowanie Europy do działania. Wydaje mi się, że perspektywa zastraszenia nieco się oddaliła. Raz jeszcze sprawdza się to powiedzenie, które w historii zawsze się sprawdzało, że "jak Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera". Wydaje mi się, że ostatnie prowokacyjne posunięcia Moskwy są tego ilustracją. Warto też przypomnieć tu tak groteskowe wydarzenia jak wysadzenie flagi rosyjskiej pod biegunem północnym i fakt, o którym właściwie nie mówiło się, mianowicie, że szef rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa odwiedził jednocześnie także biegun południowy i tam uroczyście potwierdzał pretensje Rosji do globalnego panowania. To zakrawa już na groteskę, ale w istocie chodziło o podtrzymanie najbardziej szowinistycznych postaw dużej części obywateli Federacji Rosyjskiej. Pokazuje to jednak światu, że ambicje władz rosyjskich są niebezpieczne.
Jaka powinna być odpowiedź na te zachowania? Chyba dobitnie uzasadniają one przytaczane czasami powiedzenie, że rosyjscy przywódcy nie rozumieją innego języka niż język siły?
- Z pewnością innego języka nie rozumieją ludzie służb specjalnych. Tylko twarda polityka, nieuleganie szantażowi to jedyne skuteczne środki w walce z takim przeciwnikiem. Myślę, że stopniowo ta świadomość dociera do polityków europejskich.
Wraz z narastaniem tej agresywnej polityki rosyjskiej nasilają się tam również antypolskie działania, co widać nawet na płaszczyźnie kultury. Między innymi kręcone są filmy pokazujące w złym świetle Polaków, np. na tle niedawnej, a nawet bardziej odległej przeszłości. Skąd te antypolskie nastroje?
- Przekładanie polityki na działania w sferze kultury jest zjawiskiem charakterystycznym w ostatnich latach prezydentury Władimira Putina. Jego agresywna polityka neoimperialna daje o sobie znać nawet w ograniczaniu autonomii kulturalnej różnych podmiotów funkcjonujących wewnątrz Federacji Rosyjskiej, a nawet wokół niej. Republika Tatarstanu, największa w Rosji pod względem liczby ludności, próbowała jeszcze w czasach Borysa Jelcyna wprowadzić alfabet łaciński. Prezydent Putin jednym dekretem wybił Tatarom znad Wołgi ten pomysł. Więc ta agresywna polityka przekłada się nawet na "wojnę alfabetów". Wracając natomiast do rosyjskiej kultury, zwłaszcza kinematografii, jest ona odzwierciedleniem polityki władz. W starszym pokoleniu rosyjskiej inteligencji nasz kraj kojarzony jest dobrze, przez pryzmat zjawisk może mniej nam znanych. Najbardziej popularną osobą kojarzoną w Rosji z naszym krajem jest Anna German, piosenkarka, którą wielbiły miliony Rosjan. Znani są też niektórzy aktorzy, jak choćby Anna Piecha, mająca polskie pochodzenie, czy reżyserzy, jak Andrzej Wajda i Krzysztof Zanussi. Z różnych powodów zjawisko polonofilii rosyjskiej inteligencji uległo erozji. Choćby dlatego, że dziś Rosjanie mają właściwie bezpośredni kontakt z Zachodem i nie potrzebują polskiego ersatzu [z niem. namiastka - przyp. red.]. Natomiast masy społeczeństwa rosyjskiego niewiele słyszały o Polsce i nigdy specjalnie się nią nie interesowały. Dopiero prowadzona przez państwo "reedukacja" przy pomocy takich narzędzi jak filmy historyczne czy organizowane za pośrednictwem kontrolowanych mediów seanse nienawiści do aktualnie wskazanych "wrogów Rosji" zmieniły sytuację. Polacy na szczęście rzadziej byli na pierwszych miejscach tej listy, które zarezerwowano np. dla Gruzinów, Estończyków czy Czeczenów. Przykre jest jednak, że niektórzy nasi politycy i aktorzy przykładają rękę do takiej propagandy. Mam na myśli choćby porównywanie w Polsce Jarosława Kaczyńskiego do Putina. To są jakieś brednie ludzi, którzy nie mają pojęcia o tym, co się dzieje w Rosji. Myślę także o udziale polskiego aktora Michała Żebrowskiego w mającym antypolską wymowę filmie "Rok 1612".
Z Pana ocen wynika, że rzeczywiście można dostrzec pewne podobieństwa w dzisiejszej Rosji, określającej się kiedyś jako Trzeci Rzym, właśnie do imperium rzymskiego. Tak jak tam wszystkie drogi prowadzą do stolicy, do ośrodka władzy, choć to chyba jedyne podobieństwo...
- Rzeczywiście, jeśli chodzi o sposób jej pojmowania, jako scentralizowanej polityki, dążącej do podporządkowania sąsiadów. Na szczęście nie wszyscy Rosjanie jej ulegali, ale jest ona historycznie rzecz biorąc głęboko zakorzeniona w świadomości rosyjskiej
Tuesday, September 18, 2007
Polska nigdy nie usłyszała od Rosji: przepraszamy za Katyń

Obejrzałem dzisiaj KATYŃ ... moja dziewczyna płakała przez cały film, na końcu pokazanie jak ruscy mordowali oficerów Polskich było masakrą, Wajda nie ubarwiał tego ale pokazał tak jak to po prostu było, przez to widać jacy ludzie mogą być bezduszni...
Polska nigdy nie usłyszała od Rosji: przepraszamy za Katyń
Nasz Dziennik, 2007-09-18
Jesteśmy tu, żeby znowu powiedzieć: pamiętamy i nie zapomnimy, przebaczamy - mówił wczoraj nad mogiłami polskich oficerów pomordowanych w Katyniu biskup polowy Tadeusz Płoski. Prezydent Lech Kaczyński podkreślił, że zależy mu na dobrych stosunkach z Rosją, ale muszą być one oparte na prawdzie.
W 68. rocznicę sowieckiej agresji na Polskę cmentarz wojenny w Katyniu nawiedziły Rodziny Katyńskie, które modliły się nad grobami swoich najbliższych.
Wczorajsze uroczystości w Katyniu rozpoczęła Msza św. w intencji pomordowanych przez NKWD w 1940 r. polskich oficerów. W homilii ks. bp Tadeusz Płoski, ordynariusz polowy Wojska Polskiego, podkreślił, że tak długo, jak było można, Sowieci ukrywali prawdę o Katyniu. Dopiero 13 kwietnia 1990 r. Michaił Gorbaczow oficjalnie przyznał, że zbrodnia była dziełem NKWD. - Od tego czasu polski rząd, rodziny pomordowanych i Polska nigdy nie usłyszeli słowa "przepraszam" - powiedział ordynariusz polowy. - Jesteśmy tu, żeby znowu powiedzieć: pamiętamy i nie zapomnimy, przebaczamy - dodał ks. bp Płoski.
Nad grobami poległych modlili się także przedstawiciele innych wyznań.
- Na przeszłość należy spojrzeć spokojnie, z rozwagą, ale z szacunkiem dla prawdy, nawet jeśli ta prawda jest tragiczna - powiedział Lech Kaczyński nad grobami oficerów.
Prezydent podkreślił, że Polska chce dobrych stosunków z Rosją i by te stosunki były oparte na prawdzie.
- Przybyliśmy tutaj, żeby oddać hołd tym, którzy zginęli, ponieśli męczeńską śmierć. Będziemy o ich męczeństwie i cierpieniach ich rodzin pamiętać - podkreślił prof. Kaczyński.
Prezydent złożył także wieniec i oddał hołd rosyjskim ofiarom NKWD, które spoczywają obok polskich oficerów.
Na groby swoich bliskich przybyło kilkudziesięciu przedstawicieli Rodzin Katyńskich. Dzieci, wnuki oficerów nie kryły wzruszenia, składając kwiaty i paląc znicze przed tablicami z nazwiskami ich najbliższych. - Jestem tu czwarty raz i za każdym razem nie mogę się powstrzymać od łez - powiedział Juliusz Wiernicki, którego ojciec spoczywa w Katyniu.
- Przyjechałem, by oddać hołd dziadkowi i wujowi, którzy zginęli w Katyniu - powiedział nam Adam Kowalski z Mogilna. Przywiózł ziemię z miejsca urodzenia swojego dziadka i rozsypał na katyńskich mogiłach. Podkreślił, że pamięć o Katyniu wszczepiła mu babcia, która do końca swoich dni wierzyła, że jej mąż wróci. Czytaj też w dziale Polska.
Andrzej Kulesza, Katyń
Subscribe to:
Posts (Atom)
